środa, 27 listopada 2019

Przystanek LXXV: Nigdziebądź Gaiman


Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Nigdziebądź
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 320
Gatunek: Fantastyka, science fiction
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, Kocyk wciąż trzyma fason! 

Źródł: swiatksiazki.pl

Wolałabym, by niektórych tytułów nie przetłumaczać - "Neverwhere" zawsze mocniej do mnie przemawiało niż jakieś "Nigdziebądź", choć dzisiaj nie uważam tej nazwy za takie zło jak jeszcze kilka lat temu. Sama książka jest dużo ciekawsza niż poprzednia występująca tutaj, czyli "Gwiezdny pył", ale to ze względu na pomysł na fabułę, a nie wykonanie. Niektórzy nazywają ją najlepszym dziełem. O co dokładnie chodzi?

Głównym bohaterem jest zwykły Richar Mayhew, którego życie - jak to w książkach Gaimana - nagle wywraca się do góry nogami. Oddając się litości pomaga rannej dziewczynie na ulicy i od tego momentu staje się mieszkańcem Londynu na opak - Londynu Pod, leżącego w podziemnej części znanego Londynu Nad - i tym samym niewidocznym dla reszty normalnych ludzi, świata, do którego przed chwilą jeszcze należał, nim został wciągnęty w szereg dziwnych wydarzeń. Pomaga m.in. uratowanej dziewczynie (btw. ma na imię Drzwi, bo czemu nie), by Pan Croup i Pan Vandemar (para gentelmenów na opak, ale w sumie najlepsze postaci tej książki) nie zniweczyli jego starań i nie zabili jej, poznaje Łowczynię oraz Markiza de Carabasa, a żeby czytelnikowi się nie nudziło - mają misię. Zamierzają odnaleźć anioła Islingtona, który jedyny może wszystko naprawić, czyli przywrócić Richarda do dawnego życia, a Drzwiom pomóc odkryć sekret związany ze śmiercią jej rodziny. 

Plusem całej historii jest zapewne cały świat - Londyn z nieco innej perspektywy, ponadto książka w sam raz dla tych, którzy uwielbiają historie z Big Benem w tle (tak, tutaj jest on dość daleko). Nieźle rozbudowany świat alternetywny, dziwni bohaterowie (jeszcze dziwniejsze imiona), szczuromówcy, może tylko fabuła trochę nie taka, jaka chciałby ją widzieć czytelnik - Dzwi poszukująca prawdy o śmierci rodziny jest nieco zbyt sztampowa, podobna historia bywała wielokrotnie oraz Richard próbujący wrócić do siebie, mimo że przecież nie próbuje, widać, że kanały nie są dla niego aż takie złe. Dość łatwo zgadnąć, jak rozegrają się przyszłe wydarzenia, brakuje czasu na rozbudowane sylwetki bohaterów, które opisywane są jakby w pośpiechu, bo nie ma czasu na kontemplację, ale to też urok Gaimana. Nie nudzić się, działać, pędzić dalej.

Podsumowjąc: na pewno ciekawy sposób na fabułę, mnie długo zostanie ta powieść w pamięci, a Londyn nigdy nie będzie już taki sam, więcej mroczny i przewrotny, Nad i Pod. Jeśli chodzi o samą książkę, tym razem to dość szybkie tempo akcji, jak na przygody w świecie Gaimana, mniej rozmyślań, swobody narracyjnej, ale wydaje się, że zabrakło tego czegoś w fabule, może właśnie ze względu na ten pośpiech. Nie ma czasu na podziwianie warstw świata Londynu Pod, bo już przenosimy się gdzie indziej, musimy patrzeć na coś innego. Choć może o to chodziło - jesteśmy wszędzie, a zarazem nigdzie, czyli "nigdziebądź". Niemniej takiego Gaimana pokochałam i polecam innym.


poniedziałek, 25 listopada 2019

Przystanek LXXIV: Gwiezdny pył Gaiman vs film


Autor: Neil Gaiman
Tytuł: Gwiezdny pył
Wydawnictwo: Mag
Rok wydania: 1999
Ilość stron: 200
Gatunek: Fantastyka, literatura młodzieżowa
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, Kocyk zadowolony <nareszcie coś!> 


Jeśli mówić o już o fantastyce, to tego gościa nie wolno pominąć. Zresztą wiele stron podaje go jako najwybitnieszego twórcę. Ja się pod tym podpisuję nogami i rękami. "Gwiezdny pył" sfilmowano w 2007 roku, więc będzie okazja, by się przyjrzeć podwójnie. Jedni mówią, że to jego najsłabsza książka, inni wręcz przeciwnie - ja uważam, że ta akurat jest inna, ale na pewno nie gorsza.
"Gwiezdny pył" to w zasadzie baśń, dziejąca się w odległej małej wiosce, nieświadomej w zasadzie potęgi świata. Głównym bohaterem jest Tristran Thorn, rzecz jasna próbujący wydostać się poza bezpieczne granice wioski dla... miłości. Przynajmniej on tak myśli, bowiem jego wybranka wcale nie czuje do niego tego samego. Nie jest majętny, więc aby udowodnić swoje uczucia, postanawia jej przynieść gwiazdę, której spetakularny upadek oglądali razem. Gwiazda upadła za mur okalający wioskę, więc musi się za niego udać, by zdobyć ten kamień. Wtedy dowiaduje się, że kraina za nim nie jest tym, czym zakładał, łącznie ze spadającą gwiazdą. Przy tej podróży - rzecz jasna jak zawsze w tym archetypie - bohater zyskuje doświadczenie, rozwija się, poznaje siebie, dorasta. I odnajduje miłość. Dowiaduje się również o swoim pochodzeniu i rozumie, dlaczego nigdy nie pasował do murów małej wioski. Standard, ale skoro cała książka ma postać baśni, nie przeszkadza to w jej odbiorze.
Nie tylko jego historia się rozwija. Jest też pewna czarownica, która pragnie odzyskać młodość, dziewczyna uwięziona jako służaca pewnej wiedźmy, pirat udający brutalnego kapitana oraz król, który chce oddać władzę zasłużonemu dziedzicowi (to raczej historia tych dzieci). Dla nich wszystkich spadająca gwiazda ma znaczenie, większe lub mniejsze, ich losy się krzyżują, a Tristran staje się ich lwią częścią.
Jeśli chodzi o film, pomiędzy nimi nie ma zbyt wielu różnic, by się nimi zająć, w większości wątki się powtarzają - to adaptacja. Jest jednak parę różnic. W filmie np. spłaszczono postać Victorii, pierwszej miłości Tristrana - w książce dziewczyna po prostu nie żywi do niego głębszych uczuć, co przecież nie jest jej winą, a chłopak nie widzi, że sprawa jest przegrana i próbuje dalej. Po powrocie Tristrana mają normalną pogawędkę o tym, że niektóre uczucia zanikają, a oni wydorośleli. W filmie Victoria to pusta, za to piękna kobieta, która pragnie bogato wyjść za mąż, a gdy wreszcie się jej to udaje, okazuje się, że złapała pozera, który prawdopodobnie jest gejem. Również jej wybranek został niesłusznie nabuzowany tą niechęcią, co jest dość smutne, ale jakoś specjalnie nie psuje odbioru filmu, niemniej dziwi mnie taka nienawiść do postaci Victorii.
Podsumowując: to tak naprawdę baśń, więc wszystko kończy się lepiej niż dobrze, ale nie jest to też na tyle długa opowieść, by denerwować. Co robi wrażenie, to niesamowita wyobraźnia autora, pomysły na fabułę. W świecie fantastyki wszystko się może zdarzyć. Film raczej nic nie wnosi do odbioru książki, ale wiadomo, przyjemnie się go ogląda (dobra gra aktorska wybitnych zresztą aktorów).

sobota, 23 listopada 2019

Przystanek LXXIII: Alicja w krainie Showalter


Autor: Gena Showalter
Tytuł: Alicja w krainie zombie (tom I Kroniki Białego Królika)
Wydawnictwo: Mira
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 512
Gatunek: Fantastyka, literatura młodzieżowa, romans
Ogólna ocena: 1/10
Czy wnerwiła Kocyk? Tak, Kocyk nie wytrzymuje <wychodzi z siebie i staje obok> 

Źródło: znak.pl

Wydaję się, że po tylu latach absurdu powinnam się już nauczyć, że: a) nie ocenia się książkę po okładkach, według myśli: "Jakie ładne, biorę!", tylko po recenzjach, opisie z tyłu, fragmencie lub innych opiniach, ewentualnie znakach widocznych na niebie w formie piorunów czy klęsk żywiołowych, b) odwołania do "Alicji w Kranie Czarów" są zwykle chwytem marketingowym i należy się takim obiektom głębiej przyjrzeć, jeśli już się nam oczka świecą, aby się fatalnie nie rozczarować, c) tak w ogóle może byś olała już te książki, zaoszczędziła grosza i zajęła się swoim życiem, aktualnymi wydatkami i w ogóle, wiesz, big ogarniacz please.

Rzecz jasna wciąż nie stosuję się do żadnej z powyższych sugestii (Kocyk nazywa to chorobą książkogromnią), ale nie było to zbyt odkrywcze.

Jeśli chodzi o rzecz ważniejszą, czyli o ten twór powyżej - nie mam pojęcia, co kieruje życiem wydawniczym, ale oni również nie kierują się jakimiś normalnymi zasadami - to nie mam pojęcia, co się wydarzyło, ale moim zdaniem jest to zapowiedź przyszłych tragicznych wydarzeń na rynku książkowym. Kryzys. Dlaczego to w ogóle wydano? Kto to miał czytać i czemu to miało służyć? Lepiej już było zrobić z tego papier toaletowy, przynajmniej byłoby to taniej i z korzyścią dla przyrody. Książka przez ponad 500 stron bazuje głównie na tym, że odnosi się w mniejszy lub większym stopniu do wspomnianego klasyka, a prócz zombie - jeden na krzyż i to gdzieś daleko - nie ma w niej nic godnego uwagi. Jedynie to trzymało mnie przy życiu, pardon, przy lekturze. Bohaterka nijaka, wkurzająca - schematyczna postać biadolącej dziewczynki, która przeżywa swą pierwszą miłostkę - do tego autorka pokusiła się o wymyślenie jakiejś szczególnej klątwy (jej ojciec widział zombie), łączącą naszą "nową" Alicję z przeznaczeniem, swoistą misją pokonywania zombie. Taka fabuła, że aż Buffy się chowa. I tajemne moce do pokonywania zombie! Tak tylko, by połechtać ego głównej bohaterki, wywyższyć ją ponad wszystko... w sumie to nie wiem ponad co lub kogo? Jeśli by się tutaj pokusić o jakiś sarkazm, szczyptę wisielczego humoru, przynajmniej najmniejszego... ale nie, wszystko na dead poważnie. Do tego Alicja musiała się, kurka wodna, zakochać (tak, jak ona miała na to czas, uciekając przed zombie?), więc w zasadzie wszystko, co dało się uratować w tej książce umarło śmiercią tragiczną. Właśnie, gdzie tu ten tragizm? Alicja szuka na zombie zemsty za śmierć rodziny, a wydaje mi się, że jej celem jest wnerwianie i wkurzanie czytelników (oraz robienie maślanych oczków do Cole'a). Kręci się ona i kręci, jakby miała owsiki i nic z tej jej misji nie wychodzi (a planuje wytępnić wszystkie zombie na świecie - nooo, z takim tempem to powodzenia). Pewnie dlatego powstało sporo tomów na tym jej kręceniu... Ja niestety (taki żarcik) nie zamierzam się przekonywać, co jest w dalszych tomach - w przeciwieństwie do "Czerwonej królowej" - a jest to niski poziom, zaznaczam - w tej książce nie znajduje nic, czego jeszcze bym się chciała dowiedzieć. Nie mam więc do czego wracać. Chyba że chciałabym zyskać powód do popełnienia samobójstwa.

Podsumowując: nie opłaca się. Bohaterka ma tylko ładne imię, ale zachowuje się tak irracjonalnie, a fabuła ciągnie się gorzej niż gluty z nosa, że w zasadzie czytelnik pragnie już tylko popełnić literackie harakiri. Niby są tam zombie, ja lubię zombie, ale nie robią nic szczególnego, są tłem dla nastolatki, na której skupia się fabuła - jej radzeniu sobie z nową sytuacją, miłosnymi rozterkami i udawaniu przed dziadkami, że nic złego się nie dzieje, że jest "normalna", co, nosz kurczę, występuje w co drugiej młodzieżówce! - akcja się wlecze, czasami kompletnie pozbawiona sensu. Nudy, nic odkrywczego. Nie wiem, jaki był cel tej książki czy w zasadzie całej serii, ale raczej nikt się nad tym głęboko nie zastanawiał, wszystkie sposoby myślenia skierowano na kampanię reklamową. Szkoda pieniędzy, nerwów i w ogóle życia. Zmarnujcie je na coś lepszego.

Ale przynajmniej dzięki tej lekturze mam teraz dwa Kocyki. To są jedyne plusy, dlatego jeden punkt.

piątek, 22 listopada 2019

Przystanek LXXII: Jak zaczyna się Long


Autor: Julie Anne Long
Tytuł: Jak zaczyna się miłość?
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 319
Gatunek: Romans historyczny (histeryczny)
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Tak, chociaż Kocyk woli się nie wypowiadać <odwraca się tyłem, zdegustowany> 
Zdjęcie: ecsmedia.pl

Wydaję mi się, że wreszcie zrozumiałam sukces czytelniczy romansu historycznego. Albo jestem tuż tuż odkrycia tej prawdy... Idealny świat, w którym wszystko przeistacza się nie w "wyjście na prostą" czy pozytywną sytuację, a po prostu niczym cios mięścią w intymne miejsce - cud za cudem cud pogania cudem. Fajerwerki absurdu, kompletny ideał, nagie cherubinki na końcu. Kto by się nie chciał w takim świecie zatracić?
Pewnie tylko ja. Ale niech będzie, że w jakimś stopniu rozumiem tę potrzebę. Czy naprawdę nie dało się dopracować całości? Rzecz jasna kolejny powtarzalny schemat. Główna bohaterka Elise jest przynajmniej kobietą, którą można polubić, nie jest taka na wskroś dziecinna jak kobiety w pozostałych przeczytanych przeze mnie romansach, co już stanowi dla mnie kompletne novum. Wciąż nie rozumiem, dlaczego popełnia te same błędy, mimo że na początku zaszczyca nas litanią tego "nigdy nigdy", ale cóż, niech będzie, że to przez miłość. To jak Elise jako gospodyni lorda załatwiała sprawę z niepokorną służbą? Że traktowała ich jak dzieci, które kiedyś uczyła? Naprawdę wątpię, by z takich opresji wyszła całą taką słaba gadką o honorze czy dumie. Bez sensu! Rzecz jasna nawet rodzice Elise zmieniają o niej zdanie.
Phillipe nie jest najgorszy. Pokiereszowany bliznami wzdłuż i wszesz, jak tego pragnie autorka, praktycznie się nie porusza, a i tak jest przystojny, nie aż taki stary, umięśniony i tak dalej. Nawet dialogi potrafi poprowadzić. Ale tego fragmentu o jego przeszłości, która wciąż się powtarza, to już wybaczyć nie mogę, bowiem ten bohater wciąż chce kogoś nadziać na sztylet czy miecz, ciągle wspomina o misjach, które u czytelnika wywołują śmiech (zasadzka na schodach to ma być co w zasadzie?), a nie podziw. To po prostu nagromadzenie wątków, by się wydawało, że to bohater. Ach, no i Elise do czegoś musi załamywać ręce i wzdychać. Nie zapominajmy, że w jednej potyczce pokonał sześciu ludzi (choć nie liczył, pfff!). Wspomniano również, ze niemal cała rodzina zginęła na gilotynie - błaham! Tytułu by raczej nie zdołał wtedy zachować, nie wspominając o życiu i względnym majątku (mały bo mały, a przecież wciąż poruszał się w elicie).
Muszę powiedzieć, że sceny łóżkowe (czy innomeblowe) były nawet na poziomie, w sensie przynajmniej w porównaniu do pozostałych romasów tego typu, choć rzecz jasna pojawiały się nieśmiertelne porównania do ladacznicy, a i lorda łatwo było zadowolić... W sumie widać, że opisywała to wszystko kobieta, bardzo mało tam męskiej perspektywy, jeśli w ogóle się pojawia. Nie zrozumiałam tego fetyszu autorki co do tyłka Elise - lord wciąż go podziwia, niech będzie, że to logiczne, ale to, że fotel "z namiętnością objął jej pupę w posiadanie"? Ja wiem? A więcej podobnych kwiatków tam się znajdzie. Schematycznym boom! przez co dwójka zakochanych wpada sobie w ramiona stanowi chwilowe zaginięcie Jacka, syna Elise (tak, dłuższa historia). Z różnic to chyba tyle, reszta wypada jak zwykle, choć jest parę śmiesznopodobnych sytuacji.
Podsumowując: jeśli już ktoś chce sięgnąć po jakiś romans historycznych, z trzech do tej pory przeze mnie poruszanych niech wybierze ten, choć tak naprawdę lepiej byłoby po żaden... Może być też tak, że do pewnych stałych rzeczy już się w tym gatunku przyzwyczaiłam i dlatego ta część wypadła w moim odczuciu trochę lepiej. Powiem jeszcze, że szkoda, że nie pomyślano nad lepsza okładką, przynajmniej na półce ta książka by się jakoś prezentowała, a tak... no nie wiem. Przestaję wierzyć w niektóre wydawnictwa.

czwartek, 21 listopada 2019

Przystanek LXXI: Piękna ZłAlicja James


Autor: James Rebecca
Tytuł: Piękna ZłAlicja
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2011
Ilość stron: 344
Gatunek: Kryminał, sensacja, thriller
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, ale przez nią Kocyk przestał ufać kocykom naokoło siebie! 

Źródło: taniaksiazka.pl

Teraz znowu coś z zagraniczej puli. Wiadomo, czemu sięgnęłam po tę powieść - zwabiona odniesieniem do "Alicji z Krainy Czarów" czy tam Dziwów. Niech będzie, że jakieś "odniesienie" można rzeczywiście tam odnaleźć, ale jest bardzo... wąskie. I mocno subiektywne. Niemniej ta książka okazała się dla mnie sporym zaskoczeniem - jest dobra. Długo zastanawiałam się, jak to w końcu będzie, a finał mnie całkowicie zaskoczył. Nie wiedziałam także, czy autorem jest kobieta, czy mężczyzna... Styl zdecydowanie jest jednak kobiecy, ponadto spradzałam - mamy do czynienia z Rebeccą o męskim imienio-nazwisku (nie ma za co).

Od razu powiem, że okładka jest beznadziejna i nie oddaje całej głębi powieści. Lepiej podług niej nie oceniać. Nie ma co ukrywać, to wydawnictwo nie słynie z porządnych okładek... Za to wybór wydawniczy mają spory (tzn. szeroki). Wszystko ma swoje plusy i minusy.

Fabuła książki zaczyna się parę lat po opisywanych wydarzeniach, gdzie dziewczyna opowiadająca cała historię może w końcu się z nią zmierzyć. Co ciekawe - przestaje nienawidzić osobę, która zniszczyła jej życie, bo to już przeszłość, to już jest za nią (w co jednak mocno wątpię). Z takiej perspektywy spokojniej ocenia się biegnące dalej wydarzenia, jednak czytelnik wciąż nie wie, w czym rzecz, co tak naprawdę się dzieje, a tym bardziej - kim jest Alicja?

To powieść pełna psychologicznych wątków, emocji i ciągłych podejrzeń. W końcu jej główną bohaterką jest Katherine, która była świadkiem zamordowania swojej młodszej siostry - po takim wydarzeniu nic już nie jest łatwe. Obwinia siebie za to. Jej cała egzystencja wydaje się odbywać w tle jednych i tych samych myśli - co by teraz robiła siostra, gdyby żyła? Nie uważa, że sama zasługuje na szczęście, nikomu nie chce zaufać, wydaje się, że w ogóle nie chce żyć.
I nagle pojawia się Alicja. To wokół niej wydaje się kręcić świat. Jej zaskakujący styl bycia, nieco natarczywy, mocno wpływający na otoczenie, pokręcony sposób myślenia czy wyrażania swojej indywidualności. O Alicji wydaje się, że dowiadujemy się powoli wszystkiego, jednocześnie nie wiedząc nic. Jest piękna, niemal idealna i dziwnym zrządzeniem losu zaprzyjaźnia się właśnie z Katherine, całkowicie zmieniając jej dotychczasowe życie, choć na swój szalony sposób.

SPOILER! Cała powieść mogłaby się rozwinąć w całkiem pozytywny sposób, ale to nie taki typ. Alicja jest egoistyczna do szpiku kości, a jej sposób myślenia niestety nie tak idealnie zbliżony do Alicji z opowieści Carrolla Lewisa. Powiem szczerze, że mimo całej podejrzliwości, jakaą powinnam mieć w stosunku do tej postaci, nie przewidziałam, jak bardzo zła jest Alicja. Muszę też zaznaczyć, że o ile postać tej dziewczyny jest sercem całej powieści, tak reszta postaci oddała jej całą energię - nie sa ani trochę wyraźni, kompletnie pozbawieni charakteru. Nawet Katherine to głównie nastolatka, która nie bardzo wie, co robić z własnym życiem, zbyt łatwo jednak zahipnotyzowana Alicją, co wydaje się nie do końca możliwe - nie w tak szybki sposób, osoby bardzo przecież wyobcowanej, nieufnej, jak zostało to opisane na początku. Pojawiają się więc pewne zgrzyty. Tym bardziej, że nawet nie potrafie nic powiedzieć konkretnego o reszcie postaci; zbyt banalni, zbyt nijacy. Po prostu tło.

Podsumowując: nic więcej chyba nie mogę powiedzieć, by bardziej nie zdradzić fantastycznego zakończenia (choć nawet trochę nie jest to historia przejemna). Śmierć siostry Katherine nastąpiła w niezwykle tragicznych okolicznościach i nikt nie wyciągnął z tego koszmaru żadnej lekcji, zarówno sprawcy, jak i ofiary oraz ich rodziny. Książka daje do myślenia z wielu powodów - wpływu toksycznych osób na nasze życie, kontroli (lub ich ewidentnym braku) nad nastolatkami, wychowywanie dzieci, a nawet mało prostej logice przestępców. Tak jak mówi okładka - porusza nawet takie teoretycznie nieskomplikowane i wydawałoby się przemaglowane zagadnienia jak miłość, problem odrzucenia, alienacji, manipulacji uczuciami itd. Ta powieść nie należy do trudnych, ale wchodzi w różne ciekawe rejony, delikatnie je głaszcze i się wycofuje, przez co czytelnik musi się potem nad nimi bardzo namęczyć, już po lekturze tekstu. Można to też odczytywać jako minus - książka nie porusza w wyczerpujący sposób tych wszystkich tematów, większość z nich to tylko pretekst, by napisać coś w stylu dramatu psychologicznego. Nie ulega również wątpliwości, że to bardziej pozycja skierowana ku młodzieży, a niektóre problemy są przekazywane jakby z ich perspektywy, nieco spłycone, chociaż zakończenie nie jest zbyt... Nie wiem, dla mnie było dość straszne i nie chciałabym o tym opowiadać dzieciakom. No właśnie? Dla mnie było "zaskakujące" może również z tego powodu, jakby podkreślenie końcówki, aby czytelnikiem wstrząsnąć. Czy chciałabym tak wstrząsnąć dzieciakiem? No niekoniecznie. Z tego powodu nie dopisałam, że to młodzieżówka.

Według uznania, kochani.


wtorek, 19 listopada 2019

Przystanek LXX: Miasto w zieleni Kańtoch


Autor: Anna Kańtoch
Tytuł: Miasto w zieleni i błękicie
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2004
Ilość stron: 368
Gatunek: Fantastyka, science fiction, kryminał
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, Kocyk może z tym żyć <zapada w pośniadaniową drzemkę> 

Źródło: taniaksiazka.pl

Pomyślałam, że może dość brutalnie potraktowałam wczorajszą wersję Kańtoch, mimo że ja i brutalność to byłoby coś nowego. W każdym razie warto odwołać się do tej książki, którą omówię ponieżej, a na pewno będzie bardziej przyjemnie niż po lekturze "13 anioł". "Miasto w zieleni i błękicie" to debiut autorki (nie licząc opowiadań), a na debiuty patrzymy trochę z innej strony - co zapowiada sobą ta autorka, co podaruje nam w przyszłości, jakie owoce ze sobą niesie? Teoretycznie odpowiedzi już znamy, możemy więc stwierdzić, czy Kańtoch się rozwija, czy też wręcz przeciwnie.

 

Rzecz jasna przy tej powieści zaskoczyła mnie okładka, dość nietypowa jak na Fabrykę Słów, przynajmniej w mojej opinii. Obraz na niej nie jest idealny, a jednak ma coś w sobie specyficznego, przyciagającego. Pasuje do "Miasta w zieleni i błękicie".

 

A czy treść pasuje do mojego gustu? Wspomniałam już, że owszem. To znowu fantastyka z wątkami kryminalnymi, a raczej kryminał na tle fantastyki. Tym razem dotykamy problemów akceptacji społecznej i oczywistych nieprzyjemności z rąk seryjnego psychopaty. Do tego magia, konflikty religijne, walka o władzę i małe miasteczko. Jeszcze w 2004 roku to była zupełna nowość na rynku wydawniczym, dzisiaj to już nie jest taki świeży temat, a jednak wciąż ma w sobie wyraźnie to coś.

 

Główna bohaterką książki jest Melisandra, która... utonęła w morzu w wieku trzynastu lat. Nie jest to jednak opowieść zmarłej dziewczyny, bowiem bóg Djerva przywrócił ją łaskawie do życia. Z tego również powodu dziewczyna trafia na wychowanie do magów, bo tak nakazuje ojcu wdzięczność bogu. A jednak jest to jeszcze jeden punkt, przez który Melisandra jako osoba wywodząca się z pogranicza dwóch kultur jest wyobcowana bardziej niż to możliwe - przestaje należeć do obu światów, co uwidacznia się jeszcze bardziej, gdy po zakończonej nauce postanawia wrócic do domu. Ponadto jej charakter również nie służy zjednywaniu dobie ludzi. Prawdę mówiąc dziw, że podczas pierwszych stron fabuły nikt nie próbuje jej dźgnąć sztyletem.

 

Poznajemy dość dokładnie życie Melisandry, ale także jej detektywistyczną drogę, podczas której próbuje odkryć, kto stoi za morderstwami z magicznym wątkiem - pamięć zmarłych zostaje wyczyszczona, aby żaden mag nie mógł ustalić tożsamości sprawcy. To rzecz jasna sprawia, że Melisandra oraz inni władający magią zostają podejrzanymi, w świecie, w którym magowie już od dawna są piętnowani. A mieszkańcy miasteczka do cierpliwych i wyrozumiałych nie należą...
 
Prócz więc magicznych wątków fantastyki pojawiają się tak dobrze znane z historii - chrześcijaństwo, spory religijne, szlacheckie elity, ciągła walka o władzę, miasteczko wciągnięte w wir wydarzeń. Podział ludu na Północ i Południe, tubylców i najeźdźców oraz napięcia między nimi, kolejne problemy na tle akceptacji. Ot, jak to w realu. Co przyciąga w samej fabule, to niewątpliwie styl i język samej autorki, tutaj pozbawiony ćwiekowskich zapędów, które ujawniały się w "13 aniele", stonowana akcja na wzór starodawnej baśni oraz ciekawy projekt świata przedstawionego, bogatego w bogów, czarownice itd., do tego pomysł z wskrzeszaniem, życiem pozagrobowym, ingerencją demonów, bogów. W sumie sam pomysł na maga-zabójcę jest już interesujący. Taki powiew świeżości niczym z reklamy środków czyszczących.

 

Podsumowując: dla mnie jak najbardziej na tak. Widać, że jest to książka bardzo oryginalna,  przemyślana, nie przesiąknięta wpływami żadnych znanych autorów. To Kańtoch w najczystrzej postaci - jeszcze trochę zielona jak to tytułowe miasto, jeszcze niedoświadczona, ale już z wyraźnymi tendencjami, które będziemy odkrywać przy dalszych jej książkach. Zdecydowanie dla fanów fantastyki, a i coś dla kryminałolubców się znajdzie. Dla tych, co nie lubią kopii.


 

poniedziałek, 18 listopada 2019

Przystanek LXIX: 13 anioł Kańtoch


Autor: Anna Kańtoch
Tytuł: 13 anioł
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 456
Gatunek: Fantastyka, science fiction, kryminał
Ogólna ocena: 6/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, Kocyk na razie spokojny <patrzy w okno i myśli, czy brać parasolkę, czy nie> 


Polska fantastyka przeżywała już swoje wzlory i upadki, ale jeśli oceniać ją w porównaniu do tworów innych krajów, to ten gatunek wypada naprawdę nieźle, słowem: jest się czym chwalić. Mamy bowiem Ćwieka, Schmidta, Pilipiuka, Grzędowicza.... Ale! Co z bardziej kobiecą fantastyką?
Wtedy należy zacząć od nazwiska Kańtoch. Na żywo jest dość... specyficzną osoba, nieco introwertyczną, w zasadzie lepiej się ją czyta niż ogląda (mimo że to ładna kobieta). Wsławiła się serią o Diable, ja ją pamiętam w pierwszej jeszcze powieści "Miasto w zieleni i błękicie", która zrobiła na mnie spore wrażenie. Warto wspomnieć, że autorka pięciokrotnie już zdobyła nagrodę im. Janusza A. Zajdla, co o czymś świadczy, mimo że nie zawsze sięga po nurt fantastyczny - jej prawdziwą domeną jest jednak kryminalistyka.
Niestety, o ile naprawdę podziwiam tę autorkę, stąd musiałam napisać powyżej coś pozytywnego, to na "13 aniele" kompletnie się zawiodłam. Jest ona dedykowana Jakubowi Ćwiekowi, ja nawet poszłabym dalej - jest nie tyle ukłonem w jego stronę, ile kopią. Kańtoch zatraciła tutaj całą swoją oryginalność i starała się skopiować swojego kolegę po fachu, co nie wyszło tak źle - książkę czyta się przyjemnie - ale podczas lektury kilka razy sprawdzałam, czy to na pewno Kańtoch. Żarty wyglądały na typowo ćwiekowskie, postawy wobec seksu również, to najczęściej mnie myliło. To nie powinno się zdarzyć przy tej autorce, szczególnie że jej kobiece aspekty, tak ważne w twórczości, po prostu wyparowały, jakby ona naprawdę tego nie napisała. Wciąż mam mieszane uczucia.
Kańtoch słynie z tego, że w swojej twórczości miesza kryminalne wątki z fantastyką. W "13 aniele" mamy parę detektywów i zagadkę do rozwiązania (plus zagładę do ominięcia), jednak cała rzecz dzieje się w świecie fantastycznym z różnymi fanastycznymi postaciami (istoty magiczne,  aniołowie, elfy, kobieta w ciele dziecka itp.), które odgrodzone są od zwykłych ludzi granicą-rzeką. Przekroczenie jej powoduje śmierć równo po 3 minutach, ale ktoś wpadł na pomysł, że można by obejść tę nieprzyjemną konsekwencję, budując na rzecę miasto Getteim, więc od tej pory magia i technologia uległy pomieszaniu. Nie na długo - do syna założyciela miasta przychodzą aniołowie obwieszczając, że Getteim powstało nielegalnie i ulegnie zagładzie. Jedynym ratunkiem w tej sytuacji może być tylko tytułowy trzynasty anioł. To dlatego do akcji powołana zostaje para detektywów, by ratować sytuację i znaleźć kogo trzeba.
Można zarysować fabułę? Można. A z opisu na okładce nic nie wynika, prócz chaosu, co bardzo mnie odstraszało (no ale to Kańtoch, powiedziała podświadomość, źle nie może być). W rzeczywistości fabuła tak skomplikowana nie jest. Autorka wykreowała przepiękny świat, w którym można by się pokusić o kolejną powieść, więc z początku czytelnik wszystkim się zachwyca, potem w zasadzie to zwykły kryminał, a zakończenie nie takie znowu niezwykłe. Mamy też delikatny wątek romansowy.
Podsumowując: jeśli ktoś jeszcze nie zetknął się z twórczością Kańtoch, warto zabrać się za inne jej książki, a "13 anioła" zostawić sobie na kiedy indziej. Jeśli ktoś uwielbia Ćwieka, może sobie porównać tę książkę z jego twórczością, pobawić się w wyszukiwanie podobieństw i różnic. A co z resztą? Pozycja ta nie jest taka zła, więc jeśli już macie okazję, można ją przeczytać, jest to jednak lekturka na jeden wieczór (trochę dłuższy, w końcu ponad 400 stron), ale długo nie zostaje w głowie.