poniedziałek, 2 listopada 2020

Przystanek CVII: Bestiariusz słowiański Vargas, Zych

  

Autor: Witold Vargas, Paweł Zych
Tytuł: Bestiariusz słowiański (tom I i II, seria Legendarz)
Wydawnictwo: Bosz
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 440
Gatunek: Baśnie, legendy, podania, encyklopedia
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk załamany, ponieważ on nie występuje w mitologii słowiańskiej>


"Kto nie czyta, ten sierota, hop hop hop!". Skaczemy, ponieważ dzisiaj mała odskocznia, czyli książka, która mnie zaskoczyła, po pierwsze formą, po drugie po prostu, że nagle do mnie trafiła. Dlatego nie ujęłam jej w zapowiedziach, ale postanowiłam od razu co nieco o niej powiedzieć.

Robię to również dlatego, że nie spodziewałam się, że to będzie aż tak dobra pozycja i zrzucałam ją na plan "kiedyś" lub nawet "nigdy". A tu zonk (leciało to w "Idź na całość"). Jest to przykład książki, którą jednak należy wziąć do ręki i przejrzeć, totalnie nie na klimaty online, inaczej wiele stracimy. Na internecie można obejrzeć wiele zdjęć przykładowych stron, ja postanowiłam nie powielać tej tendencji, ponieważ umówmy się - obrazki są niezłe, ale dopiero z opisem mają tutaj swój sens.

W zasadzie ten Bestiariusz jest powielaczem wcześniejszych wersji dwutomowej o innych tytułach, zebrany w jedną formę. Nie dokopałam się do wcześniejszych, w sumie nie jestem kopaczem ani innym pracownikiem fizycznym i nie o to tu przecież chodzi, po prostu mówię, jak jest, by się nikt potem nie zdziwił (szczególnie ten, kto na swoich półkach ma już literaturę Vargada i Zycha). Książka ta nie jest powieścią, a swoistą encyklopedią dzwinych stworów mitologii słowiańskiej, o których podejrzewam, że nikt z nas nie słyszał. Owszem, spotykamy wiły, króla węży, zmory, wielkoludy, ale też mierników, spaleńce czy jaroszka. Totalnie inna bajka, jeśli chodzi o naszą wiedzę na temat mitologii słowiańskiej i to przeraża, ale i podnieca. Mam wręcz wrażenie, że o niebo więcej wiemy o mitologii greckiej i rzymskiej choćby ze szkół, a o typowo słowiańskiej... nic. Z jedyną jej namiastką mamy do czynienia tylko w "Starej baśni", ale to nie to samo.

Każda alfabetycznie ułożona postać ma swoją wersję obrazkową i bardzo dobrze, bo wyobrazić sobie te poszczególne potwory wyłącznie po opisie jest naprawdę ciężko. Czasami mamy odniesienia do konkretnych regionów Polskich czy istniejących wciąż zwyczajów, ale nie zawsze pojawiają się tłumaczenia, jak pozbyć się niechcianych stworów z domu, co uważam za minus... Ale nie mogę za to odejmować ocenie tej pozycji (wiem Kocyk, ale niestety), ponieważ nie mam pojęcia, czy nasze okrojone podania w ogóle podają tę wiedzę.

Podsumowując: jest to uroczy zbiór stworków z naszej mitologii słowiańskiej, o których powinniśmy kiedykolwiek usłyszeć. Pokazują wicinek starego świata, w którym ludzie zamieszkujący na terenie m.in. dawnej Polski tłumaczyli sobie skomplikowane zjawiska ich nękające, uosabiając je z konkretnymi potworami. Bywa zabawnie, bywa i strasznie, ale zawsze jest ciekawie. Z takich smaczków dodam, że jeśli ktoś lubi czytywać autorów sięgających po mitologię słowańską, to tutaj ma dokładnie opisane co z czym się je i jest w stanie dzięki temu prześledzić, jak ewoluowała dana postać dzięki wyobraźni autora do jego tworu. Z takich moich ulubieńców to akurat omawiana tu (i będzie w przyszłości) Marta Kisiel, w której powieściach pojawia się m.in. wiła czy homeny. Samo to już jest urocze. Btw ciekawostka: w jej tomie "Oczy uroczne" pojawia się ten bestiariusz (główna bohaterka sięga po niego, by dowiedzieć się, czym są homeny).

piątek, 30 października 2020

Przystanek CVI: Kobieta w czerni Hill vs film

   

Autor: Susan Hill
Tytuł: Kobieta w czerni
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2007
Ilość stron: 254
Gatunek: horror, powieść gotycka
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk obraca się dookoła, bo kto wie, co tam czai się za twoim ramieniem, gdy akurat nie patrzysz>

Źródło: filmweb.pl

Nie ukrywam, że jak dowiedziałam się, kto będzie grał pierwszą rolę w ekranizacji tej pozycji -  Daniel Radcliffe, by zobaczyć go w końcu innej mniej magicznej postaci - to postanowiłam ją przeczytać. Chciałam poznać najpierw książkę, a potem porównać ją sobie z filmem. Jakoś słabą miałam motywację, bo zrealizowałam ten cel dość późno, ale przyznajmy szczerze, że na temat filmu nie wybuchły jakieś wielkie "ochy" i "achy", by to przyspieszyć.

Arthur Kipps to główny bohater tej ksiażki. Czarna dama to tajemnica, którą stara się rozwiązać przez całą powieść. Pewna groza, napięcie trzymające do końca niezłego finału to ogólne plusy tej książki, który jest naprawdę dobry. Fabuła w skrócie opiera się na tym, jak młody notariusz udaje się do małego miasteczka, by uporządkować papiery zmarłej samotnej kobiety, zamieszkałej w wielkim domu, w odludnym ponurym miejscu. Historia jak widać jest dość prosta, ale rozwijana stopniowo, przemyślanie, tak jak trzeba. nie na chama. Fabuła powoli wyłania się z mgły, a czytelnicy jak te ślepcy, machają łapkami, by coś złapać. Kładziony jest nacisk na emocje, nastroje, wewnętrzne przeżycia bohatera (głównie chodzi o jego przeszłość), to horror właśnie z powodu ciągłej niepewności, dreszczyk rodem z dawnych powieści XIX-wiecznych i to również jest urocze. Co się dzieje jednak w ekranizacji? Cóż... niestety utracił głównie na tym klimacie i to jest największy mankament, ponieważ książka właśnie na tym bazowała, dzięki temu była tak dobra. Ekranizacja nie potrafiła (albo następny Potter po prostu nie sprostał roli, bo w tym też coś jest, uważam, że był za mdły) przekazać tego samego, co autor. A to największy błąd reżysera.

Podsumowując: jeśli ktoś chce przeżyć coś fajnego, to proponuję książkę. Film was zawiedzie.

Widzicie? Potrafię krótko i na temat.

czwartek, 29 października 2020

Przystanek CV: Księga jesiennych demonów Grzędowicz

  

Autor: Jarosław Grzędowicz
Tytuł: Księga jesiennych demonów
Wydawnictwo: Fabryka słów
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 472
Gatunek: (niby) horror, lekki thriller, groza
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Straaasznie! <Kocyk chowa się właśnie pod... innym kocykiem>



Tak naprawdę to nie było tak strasznie, mimo że w wielu opiniach internetowych czytałam, że to prawdziwy horror, ale... no tak, Kocyka przestraszyło. W sumie nie są to opowiadania na miarę Kinga, ale mają swój urok, a ich autor, Jarosław Grzędowicz, przecież nie jest pierwszym lepszym autorem, którego można by było podejrzewać o brak wprawy w pisaniu podobnych pozycji. Opinia o nim jest już powszechnie wyrobiona (to ten pan od polskiej fantastyki, btw stawiany obok Andrzeja Pilipiuka).

To zbiór opowiadań. Dość długich, jednak gdy przyzwyczaimy się do jakiejś postaci, nagle musimy ją pożegnać... Pierwsze i ostatnie opowiadania są zwięczeniem całości, w zamierzeniu miały wpisywać wszystkie historie w jedną ramę, ale coś nie pykło (lepiej było zrobić z tego jedno opowiadanie, bo czytelnik zapomina, co było jakieś 400 stron przed po zupełnie innych historiach). Uważam, że wszystkie te opowiadania w ogóle nie są do siebie podobne ani pod względem podejmowanych tematów, ani wybranych postaci. Nie we wszystkich opowiadaniach występują demony, choć mamy odwołania religijne, a ram czasowych nie wpisywałabym w "jesień". Również hasło z okładki "Wielkie święto, zatańcz ze mną" moim zdaniem nie odwołuje się do żadnej z zawartych tam tekstów. Słowem - opowiadania są naprawdę dobre, nie bardzo jednak wiem, dlaczego znalazły się ze sobą razem pod tym tytułem. Mam wrażenie, że okładka, tytuł oraz opis z tyłu zapowiadają zupełnie inną książkę, która w ostatniej chwili została wycofana.

Jakby nie było, to lepiej w tę stronę. W zbiorze zawartych jest pięć opowiadań i trudno powiedzieć, które z nich jest lepsze, a które gorsze, ponieważ wszystkie trzymały poziom do końca, łącznie z finałem. "Wiedźma i wilk" urzekało swoim niebanalnym wyrazem, zupełnie innym spojrzeniem na postać wilk-człowiek czy po prostu wilkołak, który woli wilczą naturę od tej nudnej ludzkiej (uważam, że to bardzo mały spoiler, jeśli w ogóle). W zasadzie również zaczęłam się zastanawiać, co w tym "ludzkim życiu" jest niby fajnego i niestety nie doszłam do jakiś pięknych konkluzji. Najbardziej jednak spodobało mi się opowiadanie o pechowcu, który dostał złotą kartę od życia (tak, bo też bym chciała takową zdobyć).

Podsumowując: przeczytanie tych opowiadań nie uważam za czas stracony. Zrobiłam to prawie miesiąc temu, a nawet teraz jestem w stanie dokładnie opisać, co się w tych poszczególnych tekstach działo, a to coś znaczy. Wywarły na mnie pozytywny wpływ, choć przyznaję, że czasami się dłużyły i trzeba było przejść sporo stron zwykłej pisaniny o tym "jakie życie jest niedobre", by wreszcie wejść w akcję, ale to nie działo się przy każdym opowiadaniu i gdy się już podjęło ten dryg, to do końca idzie całkiem nieźle. Przyznaję jednak, że na początku tej lektury odkładałam książkę niejednokrotnie, szukając jakiegoś celu, sensu tego całego zbioru i... często odpuszczałam, by przejść do kolejnej akcji "przerzucania kartki". U mnie tak było, u moich czytelniczych znajomych także, więc chyba coś w tym jest. Poza tym to nie są tak straszne opowiadania, by nazywać je szumnie "horrorami", to jakieś nieporozumienie. No helloł, jesteśmy Polakami, każdy z nas doświadczył większej grozy, poznaliśmy naprawdę straszne jeszcze w szkole na lekcjach historii. Dlatego to bardziej lekkie thrillery, raz trzymające w napięciu, raz odpuszczające aż nadto.

Jak mówiłam na początku: okładka, opis i tytuł w ogóle nie mają nic współnego z treścią opowiadań. To nie są horrory. To pięć bardzo dobrych opowiadań, które moim zdaniem nie mają ze sobą nic wspólnego, ale dobrze się je czyta, tak dobrze, że zapadają w pamięć. No... jeśli da się im szansę i przerzuci kolejną kartkę.

środa, 28 października 2020

Przystanek CIV: Skrzynia ofiarna Stewart

  

Autor: Stewart Martin
Tytuł: Skrzynia ofiarna
Wydawnictwo: Ya!
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 400
Tłumaczenie: Helena Skowron
Gatunek: Literatura młodzieżowa, thriller
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk chyba nie ogarnia tematu, kazał mi się odczepić>



Znowu literatura młodzieżowa na tapecie, omg, a ile ja mam lat? Ale cóż, no lubię je. Mimo tego, że ogólna ocena powyżej już trochę mówi o tym, jak widzę tę powieść, to i tak szerzej rozwinę swoje wielkie "ale" i "dlaczego, na bogów" poniżej.

Pan Stewart napisał już wcześniej podobną książkę, która jednak wyszła dużo lepiej niż ta pozycja, przynajmniej według powszechnej opinii, bo jego poprzedniej powieści nie czytałam. Zresztą, u nas została najpierw wydana "Skrzynia", toteż skusiłam się na najnowszą. W każdym razie to nie jest debiut, mimo że może tak wyglądać.

Nie powiedziałabym, że się ubawiłam. Dzień po lekturze już nie bardzo potrafiłam powiedzieć, o czym to było, a męczyłam ją chyba ze dwa miesiące... Akcja książki dzieje się w jednej z Ameryk, mocno osadzona w przeszłości (dokładnie rok 1982, trochę jak "Strane Things", nie?). Głównym bohaterem jest głuchy na jedno ucho Sep (September, wtf?) oraz jego sezonowi (przeżyli "nieziemskie" lato, a potem się rozpadło) przyjaciele, Arkle, Mack, Lamb i Hadley. Po co jednak jest horror? Po to, by się ze sobą znowu zbliżyć.

Jako, że motyw typowy z "Riverdale" rozwija się na łeb na szyję dalej w literaturze oraz filmach i serialach, również mamy tutaj grono przyjaciół (którzy odseparowali się z różnych nastoletnich powodów, ale jednak osobiście sobie bardzo bliskich z powodu przeżytych wspólnie jednych wakacji), część śmiertelnej grozy w postaci brutalnej skrzyni, poszukiwanie rozwiązania niemal w wersji Sherlocka Holmesa oraz tajemnice osobiste poszczególnych bohaterów. W gruncie rzeczy jest to przepis na luźną historię, ale niestety, zbyt typową, schematyczną. To wszystko już po prostu było i dlatego mnie nudziło. Nie pojawiło się nic nowego. Z jednej strony pomysł ze skrzynią jest niezły, ale nazbyt przypomina mi "Wykreślone imię". Czy to przypadek? Nie sądzę. Ale po co w ogóle bohaterowie ładują tam swoje rzeczy? Wciąż nie wiem. Pojawienie się zasad tak po prostu w głowie też mi jakoś nie podchodzi, szczególnie że powinny zostać lepiej nakreślone. Bohaterowie też byli dość... dziecinni jak na ten wiek, mało ucharakteryzowani i dziwni wręcz. Nie polubiłam ich. Pojawia się happy end, pomimo paru trupów po drodze (ale hej, nie znamy ich, więc co nam), a wszelkie problemy grupy bohaterów cudownie się rozwiązują. Cała fabuła przez to i inne cechy jawi się bardzo infantylnie, jakby nie napisał tego dorosły facet. Nie wiem... nie będę wymieniać, co bym tutaj zmieniła, bo przecież nikt mnie nie posłucha.

Podsumowując: jeśli nikt jeszcze nie czytał podobnej pozycji, to może się na tę skusić, proponowałabym jednak przeczytać inne. Już bardziej podobała mi się dość nowa "Dwoje dochowa tajemnicy", a więcej grozy i przodująca w tym kręgu to uważam, że wciąż jest lepsza stare "Wykreślone imię". Ale ci, co poszukują podobnych schematów, coś jak "Riverdale", to można sięgnąć, z tym jednak naciskiem, że bardziej proponowałabym ją dzieciom. W "Strange Things" przecież także byli młodsi bohaterowie, a jakoś super to wyszło. Tak więc co z pozostałymi czytelnikami? No jednak proponuje im obejście szerokim łukiem. Autor zmartwił mnie nieziemsko... Nie wiem, czy kiedykolwiek sięgnęłabym po jego prawdziwie pierwszą powieść i następne, ale cóż... może to ja jestem za stara na podobne książki? Warto byłoby zapytać młodzież, co o niej sądzi.

wtorek, 27 października 2020

Przystanek CIII: Leah gubi rytm Albertalli

 

Autor: Becky Albertalli
Tytuł: Leah gubi rytm
Wydawnictwo: We need Ya!
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 432
Gatunek: Literatura młodzieżowa, komedia romantyczna LGBT
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk nie pomoże, aktualnie gabi się w sufit i nie reaguje>

Źródło: empik.pl

To jest tom drugi serii Creekwood i omg, ale jedynkę to omówiłam, czyli "Twój Simon" (po raz pierwszy jestem czasowo!). Ogólnie istnieje już tom trzeci, a nawet trzeci i pół. Wszyscy spotkali się chyba z pierwszym tomem, było o nim głośno z powodu wybranego tematu (LGBT) jako głównego i połączenia go z komedią romantyczną. Teoretyczna celowość tego pomysłu była bardzo słodka, aby podarować ludziom z mniejszości seksualnych historię miłosną, książkę, w której oni są głównym tematem, a nie pobocznym.

 I jako powieść młodzieżowa to czyta się nieźle, podobnie jak jedynkę, tyle że rzecz jasna wcześniejszy tom był lepszy. Spodziewamy się, że na końcu wystąpi klasyczny happy end i w ogole jednorożce - i to też jest ok. Co mnie zaintrygowało, to leahowaty styl - wypowiedzi były na wskroś młodzieżowe, praktycznie nasiąknięte emotykonami słownymi, ale dzięki temu realistyczne, dość sarkastyczne i slanogow "spoko". Prócz głównego wątku LGBT, tym razem w relacji damsko-damskiej, pojawia się tutaj również temat "puszystej figury" głównej bohaterki i związanej z tym stagnacją, problemach rodzinnych oraz nieco o rasizmie.

Leah jako główna bohaterka realizuje się nawet nieźle. Spotykamy postaci z pierwszej części, które teraz stają się drugoplanowe i żegnają szkołę na rzecz nowych. Podkreślona została maksymalnie przyjacielska więź postaci. Leah początkowo jest praktycznie buntowniczką wszystkiego, co zostaje jej zaproponowane (co odbija się również na więzi z matką), potem następuje jej zmiana w bardziej przystępną wersję (może nieco zbyt szybko jak na mój gust). Leah jest bardzo sarkastyczna i nieźle opisuje rzeczywistość, co ciekawe - zupełnie inaczej niż Simon. Dzięki temu nie miało się wrażenia, że czytuje się dokładną kopię pierwszego tomu. Zaskoczyła mnie jednak "grubsza" wersja Leah, która przecież jawi się dość "szczupło" w pierwszym tomie, nawet w sfilmowanej wersji, a tu nagle... no tak, jak wspomniałam, zaskoczenie. Oczywiście, nie mam nic do grubszych bohaterów!

Podsumowując: typowa książka We need Ya! Co jednak oznacza, że było dobrze, a nawet lepiej. Osobiście uważam, że ta wersja przygód przyjaciółki Simona była zbyt cukierkowa, przemiana zbyt szybka, z mocno irytującej się wszystkim i wszystkimi dziewczynę (jakim cudem miała ona przyjaciół?) w praktyczny ideał, finał niesatysfakconujący i jakiś taki dziwny (powinien zostać inaczej rozegrany, a nie tak na hop! i już), a niektóre sytuacje trochę nieprzemyślane, stąd niższa ocena. Ponadto mimo wszystko odczuwałam, że mam do czynienia z kopią Simona, tyle że damsko-damską. Spodziewałabym się, że jako kobieta, autorka napisze nawet lepszą wersję, a tutaj... oj. Widać, że nie miała pomysłu. Historia nie jest tak porywająca, Leah czasem przesadza i irytuje, robiąc ze zwykłej prostej sprawy jakieś skomplikowany wzór na miarę spaghetti, a jej naganne zachowanie wobec matki to moim zdaniem jakieś kompletne nieporozumienie. Pomimo podobnych mankamentów to stosunkowo spokojna powieść, lekka i wciągająca, a jej największą zaletą jest właśnie język Leah, bez skrępowania opisujący szczerze to, co widzi.

sobota, 24 października 2020

Przystanek CII: Ktoś, kogo znamy Lapena

 

Autor: Shari Lapena
Tytuł: Ktoś, kogo znamy
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 335
Tłumaczenie: Piotr Kuś
Gatunek: Kryminał, thriller
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Lepiej poczytać sobie coś z historii, jeśli chcecie znać moje zdanie

Źródło: taniaksiazka.pl

Czy sąsiad to jest ktoś, kogo dobrze znamy? Wątpię. No chyba że w bloku. Gdy mieszkasz pod kimś, wtedy znasz całe jego życie, jakich mąż używa wykrzyknień, aby wkurzyć swoją żonę, że pies tak bardzo chciałby wyjść na dwór, a dziecko jeszcze nie zjadło śniadanka. Niestety, tą samą drogą doświadczenia znam też mało przyjemną wersję Pocahontas, wydzieraną strasznym głosem zabijanej świnki... 

To może do rzeczy. Czy ja znam kobietę o mianie: Shari Lapena? W ogóle. Ale po krótkim researchu (tak, krótka wizyta na google) już wiem, że ta autorka siedzi w nurcie kryminałów, a ta książka to nie jakaś tam odskocznia czy dziwny przypadek. A dlaczego ja tak wypytuję tego wujka google'a? Bo nie rozumiem. Ta lektura była taka sobie, niczego nowego nie wnosi, a ma dobre recenzje i w Polsce również dobrze ją odebrano. Powiedziałabym, że to tak jak z amerykańskimi filmami, setka klonów podobnych, tak samo w przypadku tej pozycji. A propos klonu - autorka jest kanadyjką. Więc: reklama kanadyjskiej literatury zachęcała nas długo do przeczytania, ale, no cóż, jak w przypadku szwedzkiej to tak można reklamować, ale Lapen? To już mniej.

Ja nie mówię, że to książka zła. Po prostu nie wybitna, ot zwykła lekturka na raz, na szybkie zapomnienie. Taka tabletka na sen czy bezsen(s). Bohaterowie niezindywidualizowani, przez co nie wiadomo w pewnym momencie "who is who", a wypadałoby wiedzieć, bo niekiedy ktoś "ginie" i potem czytelnik się dziwi, że postać nie płacze za żoną... Potem okazuje się, że może te postaci nie są takie ważne, bo małżeństwa w tych rodzinach w zasadzie są jak "kopiuj wklej". Niby mają różne problemy, ale w zasadzie można ich włączyć do tego samego wora. I mocno, mocno potrząsnąć! A nuż by coś z tego wyszło.

Teoretycznie wina przerzucana jest z jednej osoby na drugą i czytelnik ma między nimi lawirować, tak by zresztą było poprawnie, ale przecież mamy wstęp, po którym ewidentnie widać, że facet jest teraz sam w domu, nie ma dzieci i w ogóle dość łatwo do tego dojść. Finał nie jest aż tak oczywisty, na szczęście, ale można to było poprowadzić lepiej. Moim zdaniem ta postać akurat kiepsko się do tego nadawała, ale cóż, nie będę wskazywać palcem kto zabił, to byłoby tragiczne z mojej strony. Na końcu w wrażeniach wyszło to, co myśleliśmy od początku (na okładce występuje pytanie "może nie znasz swoich sąsiadów tak dobrze, jak ci się wydawało"), że otrzymamy - że każdy sąsiad pozornie prowadzi idealne i szczęśliwe życie, ale to tylko pozory, za którymi kryje się masa tajemnic. No cóż. Marta Zaborowska nauczyłaby tą panią lepiej to robić, bo u niej to wyszło bajerandzko, zresztą, jeszcze lepiej przy takim porównaniu. Lapena po prostu się chowa, co z tego, że z Kanady.

Podsumowując: bardziej książka dla młodzieży. Dość infantylna, z niedopracowanym warsztatem, nic takiego się nie dzieje, by w ogóle znaleźć punkt zaczepienia i polecić. Nie występują tam żadne specjalne wątki, które miło, że ktoś porusza, nic, no chyba że plusem może być brak tematów LGBT, bo w końcu są już wszędzie wrzucane. Ot, jak komuś się nudzi, to czemu nie.

piątek, 23 października 2020

Przystanek CI: Małe Licho II Kisiel

 

Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Małe Licho i anioł z kamienia (tom II)
Wydawnictwo: Wilga
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 304
Gatunek: Literatura dziecięca
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? E tam, dobrze było!


Ja to mam jakieś szczęście/ nieszczęście z tą panią Kisiel, bo jakoś nigdy nie zaczęłam żadnej z jej serii od pierwszego tomu, tak po ludzku, jak normalny czytelnik. Zawsze przez przypadek się zdarzy, że ja nie zajarzę, że coś było wcześniej i... no tak.
"Małe Licho" to teoretycznie lektura dla dzieciaczków, a w praktyce powiem, że... też. Dlaczego ja po nią chwyciłam? Bo się czuję po pierwsze młoda, a po drugie jako czytelnik pozostałych pozycji pani K., odnalazłam się również przy tej książce. Dlaczego? To też wiem. Bo i w tej lekturze przeplatają się znane postaci z innych serii, co jest miłe, szczególnie że jedną z nich jest... Bazylek :D Czyli mój ulubieniec!
W tym tomie Bożydar udaje się do znanej mi dobrze ciotki, a jego sztywny opiekun wreszcie nauczy się radośniejszych reakcji. Będzie też tatuś, mamusia Bazylka... No wszystko na raz, ale w luźnej formie. To krótka historyjka, z obrazkami (dość dziwacznym na mój gust; nie polubiłam), dużymi literami i w ogóle gdzieś na dwie godzinki spokoju. Sporo żarcików, głównie dla tych mniejszych, fani się odnajdą, reszta... chyba nie bardzo. No chyba że zaczną od pierwszego tomu :P Dużo tam dziwnych bohaterów z mackami, przezroczystymi łapkami, skrzydełkami, rogami, pazurami itd. Niezaangażowani mogą się łatwo zgubić, a może nawet porzucić lekturę (ale potem przy Bazylku nikt się nudzić nie powinien). 
Podsumowując: było miło. Niższa ocena tylko ze względu na obniżającą liczbę czytelników gatunek i przeznaczenie raczej dla młodszej rzeszy czytelniczej. Jakoś szkoda, że taka krótka lektura jest w takiej sporej cenie, to też moim zdaniem minus. Niemniej fani będą zadowoleni. Ja byłam.