piątek, 4 października 2019

Przystanek LII: Książę zmienia wszystko Carlyle


Autor: Christy Carlyle
Tytuł: Książę zmienia wszystko (tom I Klub Książąt)
Wydawnictwo: Amber
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 322
Gatunek: Romans historyczny
Ogólna ocena: 2/10
Czy wnerwiła Kocyk? Jeszcze jak! Zamiast zaczerwienionej wypiekami wełny ma niesmak! <foch>

Źródło: taniaksiazka.pl

Nie będę wymieniać z nazwiska, ale pewnego pięknego słonecznego dnia ktoś podarował mi tę książkę, a ja z uśmiechem podziękowałam. I tak długo nie pisałam, ponieważ musiałam się pozbierać po tej lekturze <ewidentna wymówka>. W każdym razie przeczytałam, bo biorę udział w akcji "mam, to chociaż przeczytam, zanim wydam wszystkie oszczędności na następną", jednak oczy mi nie wypadły z użycia po tej lekturze, jakoś przeżyłam tę przygodę (w sensie: znam gorsze), ale i tak bardzo się będę czepiać.

Nicholas Lyon i piękna panna Thorne. Postaci dobrane na wzór Pięknej i Bestii. Piękna (helloł, "piękna i energiczna" krzyczy na okładce) nie zwraca uwagi na swój strój czy maniery (tak, będzie przemiana Kopciuszka w Księżną), a na swój azyl wybiera rzecz jasna bibliotekę. Obok Bestia ze szramą na pół twarzy i szokującą historią rodzinną. A w tle posiadłość Enderley, siedlisko złych wspomnień dla nowego księcia, który nie oczekiwał takiego awansu i nie, żeby takowego chciał. Ale jest i rzecz jasna zaczyna to wszystko kochać przez jedną kobietę. Dodam, że Nicholas żyje Londynem, ma tam swój azyl w postaci elitarnego klubu dla dżentelmenów (coś hazardowego, takie małe Las Vegas), a panna Thorne jest zarządczynią posiadłości Enderley, którą to posadę odziedziczyła po ojcu i jest ona dla niej całym życiem (mimo że uwielbia bajki i podróże...). Posiadłość znienawidzonego przez niego ojca ich zbliża i odmienia jego spojrzenie na majątek, który początkowo chciał zrównać z ziemią lub zarobić grube pieniądze na wynajmie.

Romans historyczny, więc jest nieco z historii: jakieś pojazdy, które pojawiały się w tym wieku, ich rodzaje, wykwintne stroje wraz z ich opisami, sporo problemów pojawiających się na tle tego, czego kobietom wypada, a czego już nie... To wszystko dość słodkie, dopracowane na tle podstawowym, emanujące pewnym urokiem, ale nie dość. Na plus mogę jeszcze dodać, że podczas całej lektury wbiły mi się w oczy zaledwie pięć błędów (to mało, a błędy niezbyt poważne).

Bardzo odznacza się to, że całą wyobraźnię włącza kobieta. Nicholas myśli jak kobieta, rzuca te zdania, które kobieta chciałaby usłyszeć, co uwidacznia się szczególnie w przesłodzonym zakończeniu oraz w scenie łóżkowej. Brakowało mi tutaj męskiego czynnika, przez co cała ta postać bardzo dużo traciła (zresztą, nie tylko ona). Thorne rzecz jasna jest kobietą jedyną nad wszystkie, mimo że nie posiada arystokratycznego pochodzenia, nie ma problemu z wciągnięciem jej do salonów na małą prośbę do hrabiny.

Ach, minusy same cisną mi się na usta... Po pierwsze, co naprawdę mi się nie podobało, to czysty schematyzm. Mężczyzna spotyka swoją wybrankę w nietypowej sytuacji - no tak, na drzewie i w spodniach. Jakoś jestem to w stanie zrozumieć, bo przecież trzeba jakoś zwrócić na siebie uwagę (najlepiej opiętym tyłkiem). Przy końcu czekałam, aż będzie jakiś kataklizm, aby nasz hero mógł poużywać swoje muskuły w bohaterskim czynie i bum - pożar wieży (w akcji ratowania kota). Utarczki z poprzednim kochankiem, który "jednak ją chce, bo się już namyślił" (że taka nagle piękna i rozchwytywana). Następnie nieprzeciętna rzecz jasna kobieta, która wykazuje się umysłem większym niż stado plemników - serio, pomysł z patentami na wynalazki dla klubu hazardowego? To na pewno "mądra decyzja"? Nikt nie ma żadnych obiekcji? No ja dziękuję... Już nie próbowałam wchodzić w kwestie historyczne, czy rzeczywiście nic nie znacząca kobietka (bez wsparcia przynajmniej kogoś wpływowego) mogła zostać zarządczynią majątku księcia, więc nie byle jakiego.

Podsumowując: nie jest to powieść najwyższych lotów, mimo że się ją tak chwali na okładce (jakieś nagrody tam zdobyła). Nie jest też ani trochę oryginalna, powiela po prostu to, co już było tysiąc razy, upłaszcza również mężczyzn do jakiś podmiotów kobiety (nie powinno mi to przeszkadzać, w końcu historia robi tak od zawsze z kobietami, a jednak nie powinno tak być). Ja wiem, że nie powinnam spodziewać się po romansie drugiego Dostojewskiego i wcale do tego nie dążyłam, ale zakładam, że "nowe" książki z natury powinny mieć coś w sobie "nowego", a nie starego, niczym dwudziesty z kolei odgrzewany kotlet. Mimo to jest to lektura do przejścia, dość niegroźna, ale chwilami nudna (skróciłabym do połowy). Jak na romans, zawiera jedną scenę erotyczną, więcej w nich raczej docinek na tle seksualnym niż "prawdziwej" akcji na tym polu, więc tak naprawdę nie wiem, czy warto ją polecić osobom lubującym się w tego typu romansidłach (nie oceniam, każdy ma to, co lubi). A może tak po prostu sięgnąć po coś starszego, stojącego tuż obok nas na półce? 

Kocyk popiera ten pomysł.


czwartek, 19 września 2019

Przystanek LI: To nie deszcz Birenbaum


Autor: Halina Birenbaum/ Monika Tutak-Goll
Tytuł: To nie deszcz, to ludzie
Wydawnictwo: Agora SA
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 456
Gatunek: Biografia, literatura obozowa
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Kocyk się dokształca! <poprawia okularki na pseudonosie>


Dzisiaj nic z fantastyki i nareszcie nie seria - a co! No właśnie, a co? Tym razem na poważnie, bo wracamy do tematów obozowych!
Haliny Birenbaum przedstawiać chyba nie trzeba, ale jednak należy to zrobić, by nikt teraz nie przeszukiwał nagle przeglądarki w bocznym oknie (ale warto). W czasie II wojny światowej przebywała w getcie warszawskim, następnie przewieziono ją wraz z rodziną do KL Majdanek, Auschwitz, Ravensbrück oraz Neustadt-Glewe. Od 1947 mieszka w Izraelu, prywatnie uważa się za Polkę i Izraelitkę. Wszyscy znają ją jako autorkę wspomnień obozowych "Nadzieja umiera ostatnia", ale to nie jedyna jej książka, pisze również wiersze. "To nie deszcz, to ludzie" to tak naprawdę wywiad poprowadzony przez Tutak-Goll. Miałam okazję być na spotkaniu promującym tę książkę (mam autograf!), ponadto jestem dość świeżo po lekturze, dlatego czuję się związana emocjonalnie z tą pozycją. No i wiem to i owo. Znajomość tych kobiet zaczęła się od pewnego małego wydarzenia - wycięcia pewnej sławnej mirabelki na jednej z dzielnic Warszawy. Książka to przypadkowy skutek. Skąd tytuł? Birenbaum tak określa ludzi - że są zmienni, mogą więc zawsze zmienić swoją decyzją (a dokładniej o co chodzi, dowiecie się w książce, na jasnych przykładach). Można też dopytać zawsze mnie...
Co nowego można dopowiedzieć, co nie pojawiło się we wcześniejszych książkach? Dowiadujemy się więcej o poobozowym życiu Birenbaum, co najciekawsze - poznajemy od podszewki powstawanie państwa Izrael, w którym w prawie od początku uczestniczyła, mierzyła się z traumą poobozową, pamięciom po tych, których już nie ma, zyskiwaniem rodziny (głównie przyszywanej, ponieważ z całej rodziny przeżyli tylko ona i brat), przekazywaniem swojego doświadczenia synom, poszukiwaniem miłości (jeszcze w obozie i już po wojnie). Zszokował mnie fakt, że początkowo uważano ludzi, którzy przeżyli Holocaust za gorszego sortu, że dawali się wieść "na rzeź jak barany" i tego uczono również w szkołach, odgradzając tym samym dzieci od rodziców. Poznanie stosunków polsko-izraelskich dzięki lekturze tej książki potrafi w łatwy sposób wiele wytłumaczyć i za to jestem szczególnie wdzięczna.
Gorąco polecam. Wywiad prowadzony jest w dość lekkim stylu, pojawiają się wątki miłosne z życia Birenbaum, z codzienności warszawskiej, złe chwile przeplatają się z tymi dobrymi. To sprawia, że blisko 500 stron czyta się szybko i sprawie, a i jeszcze coś w głowie na długo zostanie.

środa, 18 września 2019

Przystanek L: Czarownica Klejzerowicz


Autor: Anna Klejzerowicz
Tytuł: Czarownica (I tom, seria III-tomowa)
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 264
Gatunek: Literatura polska, obyczajowa
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Akurat nie, czarownice są zawsze spoko <kombinuje z naparami>

Źródło: proszynski.pl

Podejrzewam, że o tej pozycji nikt w życiu nie słyszał, dlatego postanowiłam powiedzieć o niej co nieco. Mnie wpadła w ręce dość przypadkowo, ale jakoś zapałaliśmy do siebie pewną dozą przyjaźni. To książka na leniwe wieczorki, klimatem przypominająca "Miłość nad rozlewiskiem" (tylko kto był pierwszy?). Mimo że tytuł zapowiada coś magicznego, historia to samo życie, bez wtrąceń fantastyki. Podobno autorka sięga przeważnie po klimat sensacyjno-kryminalny, a to jej chwilowa odskocznia, dla mnie to jednak pierwsza z nią przygoda, uważam ją za udaną. Przejdźmy do tematu, shall we?

Ucieczka od cywilizacji, odkrywanie uroków wsi. Tak postanawia Michał, uciekając od miejskiego zgiełku, zaszywa się na wsi. Poznaje pewną kobietę, Adę, którą miejscowi nazywają czarownicą i zamierza poznać ją bliżej, mimo że kobieta niezbyt godzi się na taka okoliczność. Podobnie jak Michał, postanawia odciąć się od ludzi, zaszyć się w swojej chatce i stronić od mieszkańców jak długo się da. Michał i Ada to osoby, które życie skrzywdziło, każde w odmienny sposób, dlatego stawiają na samotność. Rzecz jasna stanie się inaczej.

Pojawiają się tematy trudne, takie jak alkoholizm, adopcja, rozbite rodziny. To trochę zaskakująca odskocznia w jednej książce, na tle ewidentnego romansu, ale dobrze poprowadzona. Apogeum niesprawiedliwości ludzkiej ma być mała Małgosia, która od połowy powieść zostaje prawie główną bohaterką. Całość "Czarownicy" to lektura wyjątkowo lekka i to pomimo zaznaczenia powyższych problemów, ma swój ckliwy urok, mimo że fabuła wydaje się mocno sztampowa (1) główny bohater, 2) znudzony życiem,  3) po porażce postanawia zmienić diametralnie swoje życie), tak, to już wszystko było, oj wiele razy... Mnie jednak urzekła sama postać czarownicy. Kobiety, która prowadzi się jak odludek, zna się na zielarstwie, posiada kota i w ogóle wydaje się czarownicą, tylko bez miotły. Pomimo trywialności niektórych rozwiązań (facet po jednym poważnym związku i przysiędze "nigdy więcej" pcha się w kolejny, ładując w to cudze dziecko), cukierkowatości zakończenia, prawie nieskazitelnej wiejskiej społeczności, bardzo polubiłam tę powieść. Pozostała moją ulubioną na tle innych obyczajówek, więc mam do niej sentyment.

Nie muszę pewnie wspominać, ani zaznaczać tego wielkim hasłem typu SPOILER, jeśli powiem, że wszystko kończy się różowo przepięknie niczym w baśni (i to pomimo jasnego nakreślenia, że "życie często daje kopas w dupas"). Rezolutne dziecko pewnych nieodpowiedzialnych sąsiadów zyskuje nowych opiekunów, Michał nową żonę, a wieś rozkwita wszystkimi kolorami tęczy. Ale taki koniec był tu właśnie potrzebny. Nie mam pojęcia, co się dzieje w następnych częściach, ale podejrzewam, że ten mój "happy end" został przeciągnięty lub zepsuty, zresztą, gdy usłyszałam tytuł "Córka czarownicy", nazbyt mi się skojarzyło z Terakowską (tak, ja, wielka fanka "Córki czarownic") i spasowałam... Może źle, nie wiem. Na pewno "Czarownica" ma swoje uroki i coś do zaoferowania, dlatego do jej lektury zachęcam.


wtorek, 17 września 2019

Przystanek XLIX: Był sobie pies Cameron vs film


Autor: W. Bruce Cameron
Tytuł: Był sobie pies (seria)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Rok wydania: 2017 (wydanie I w 2012)
Ilość stron: 392
Gatunek: Powieść przygodowa
Ogólna ocena: 5/10
Czy wnerwiła Kocyk? No trochę tak...


Pełno na rynku historii z psem w roli głównej. Co się wiec stało, że nagle TEN pies zrobił taką furorę? Jeśli mam być szczera, to nie wiem... To trochę jakby Lessie wróciła. Jeśli jednak miałaby zgadywać, to pierwsza powieść z perspektywy psa. Jeśli już cokolwiek przypomina, to animację "Wszystkie psy idą do nieba" (tam też pies musiał wykonać zadanie, by dostać się do psiego nieba).
To taka słodka rodzinna przygodówka, do tego ze zwierzaczkiem, z elementem fantasy (pies wciela się w coraz to nowe wcielenia). I ponadto całą powieść toczy pies, co stanowi jeden z elementów humorystycznych (po co ludzie trzymają koty, perypetie u weterynarza, zasady działania w stadzie, potrzeba wąchania pod ogonem... itp.).

Cała historia nie jest wymagająca, idealna dla nastoletniego czytelnika, który kocha psy. Głównym bohaterem jest Bailey i to on opowiada swoje życie, od początku istnienia, do ostatnich dni (oraz serię wcieleń). Bailey zmienia imiona, właścicieli (tych dobrych jak i złych), a także skórę. Gdy umiera, rodzi się jako nowy pies, znowu jako szczeniak, pies mały lub duży, raz nawet jako suczka... Aż do momentu zwrotnego: spotyka Ethana, chłopca, którego pokocha i wreszcie odnajdzie cel swojego życia, sensu następnych wcieleń. Musi być też uczuciowo, więc na końcu rzecz jasna płaczemy nad ostatnimi chwilami Baileya (raczej nie jest to zbyt duży spoiler).

To historia na jeden wieczór (nooo... parę wieczorów, bo trochę sporo tych stron), zabawna, lekka i z prostym morałem. Doskonała na film, który rzecz jasna powstał. Jak poradzili sobie scenarzyści? Słabo. Wypucowali całą opowieść, skracając ją jeszcze bardziej niż to było według mnie możliwe - do amerykańskiej dramy. Skrócono wcielenia Baileya, puszczając serię podsumowującą, dlaczego pies dążył do swojej misji, próby uszczęśliwienia ludzi. Scena, podczas której Ethan i Bailey robią swoją sztuczkę z łapaniem piłki (tej spłaszczonej; kompletnie nie znam się na sportach, szczególnie amerykańskich) zakrawa o pomstę do nieba (to tak przewidywalne!).

Podsumowując: film to kolejna przygodówka do oglądania rodzinnego, standardowy produkt amerykański, nic nowego, natomiast w książce pojawia się coś, z czym się jeszcze nie spotkałam. Książka zyskuje na znaczeniu z powodu narracji pisanej z perspektywy psa, co początkowo dla czytelnika jest bardzo dziwnym doświadczeniem. Język jest prosty, ucharakteryzowany na prosty umysł czworonoga (psy w końcu mało czytają), niewymagający, ale też taka miała być książka - lekka i przyjemna, pozwalająca spojrzeń na swojego pupila od innej strony. No i oczywiście promować miłość do zwierząt, z potępieniem złych zachowań (wywożenie psa do lasu, niechciane prezenty itp.).

czwartek, 12 września 2019

Przystanek XLVIII: Opowieści o piratach Lethbridge


Autor: Lucy Lethbridge
Tytuł: Opowieści o piratach
Wydawnictwo: Imbir
Rok wydania: 2006
Ilość stron: 144
Tłumacz: Joanna Borowska
Gatunek: Popularnonaukowa
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, ale piraci to cios poniżej nitki <ale: arrr!>

Źródło: ceneo.pl

Może tym razem kogoś zaskoczę: ja i piraci. Arrr! Książka ukazała się mniej więcej w czasie powstawania kolejnych części "Piratów z Karaibów" i jeden z nakładów rzecz jasna posiada Johnnego Deppa na okładce, ucharakteryzowanego na pirata z pierwszej części przygód. Teraz wszystko jasne, prawda? Poszłam na najprostszy chwyt marketingowy pod słońcem i to jest prawdziwy powód, dlaczego sięgnęłam po tę lekturę...

Ale jednak nie było tak źle jak się spodziewałam, pomimo niskiej oceny, której jej nadałam (o, ja niewdzięczna). Złożyło się na to mały format opowieści, zbyt krótkich, przydałoby się dodać chociaż ze trzy, by dobić do tych 200 stron (co to w ogóle jest dla współczesnego pożeracza książek? Nic!). Nigdy nie słyszałam o wydawnictwie Imbir ani o autorce, dlatego w zasadzie nie wiedziałam, czego się spodziewać. Warto również wspomnieć, że to tak naprawdę seria. Kolejne części opowiadają m.in. o polarnikach, przetrwaniu, przygodach na morzu i pustyni. Istny przewodnik po życiu.

Na książkę składa się 15 uroczych legend o piratach, jak wskazuje notka na okładce - "tak było naprawdę". Autorka rzeczywiście odwołuje się do faktów, z jej historii można dowiedzieć się wiele o ówczesnych czasach, kiedy każda podróż morska mogła skończyć się fatalnie (w najlepszym razie w samych portkach). Ale mówi również wiele o powodach, dla których przyzwoici ludzie postanawiali wtargnąć na nieprawą drogę (zgadza się, za dużo książek historycznych... przepraszam), prowadzonej polityce, zdruzgotanych marzeniach zwykłych ludzi. Nie będę przytaczać fragmentów poszczególnych opowieści (gdzie by była w tym zabawa?), ale mogę podać przykładowe, może ktoś coś o tym słyszał: Porwanie "Ptasiej Galery", Arcypirat Długi Ben (^^), Sir Henry Morgan... Znajdzie się coś o kobietach na pirackim pokładzie (i jak skończyły), również o przypadku pewnego świętego.

Jeśli ktoś interesuje się pirackimi ciekawostkami, to książka dla niego. Jeśli nie, ale oglądał "Piratów z Karaibów", to się znakomicie odnajdzie - wiele rozdziałów odwołuje się do postaci użytych w filmie, aż dziw, że Gore Verbinski prawie nic nie wymyślał, czerpał z gotowych wzorców, o czym pewnie połowa globu nie wie (a to spryciarz!). Odwołanie więc do Deppa na okładce jest jak najbardziej słuszne. Kto by pomyślał! Jednak nie ocenia się książki po okładce. Mimo wszystko była to przyjemna przygoda, nastawiona bardziej na ciekawostki, o piratach z bardziej historycznej, a może i naukowej strony, podkreślając, że oni żyli naprawdę. Skąd się w końcu rodzą legendy.


środa, 11 września 2019

Przystanek XLVII: Atlantyda odnaleziona Menzies


Autor: Gavin Menzies
Tytuł: Atlantyda odnaleziona
Wydawnictwo: W.A.B
Rok wydania: 2013
Ilość stron: 352
Gatunek: Literatura faktu, reportaż
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Że znowu jaka Atlantyda? W głowach się poprzewracało! Wio mi na Księżyc!

Źródło: taniaksiazka.pl

Właśnie obejrzałam dziwny program, w którym zarzekano się, że Księżyc to sztuczna satelita wydrążona w środku przez kosmitów, aby nas obserwować. Argumenty były dość znaczne, powoływano się na wiele artykułów, nawet rosyjskich, które powstały w ostatnich latach. Mój komentarz? Się powstrzymam. Ale skoro Księżyc to statek kosmiczny pozaziemskich istot, to hej, Atlantyda na pewno istnieje. W końcu jedna cywilizacja w tę czy we w tę... Co za różnica!

Książka wpadła w moje ręce z powodu tematu, jaki porusza. Bo w końcu Atlantyda istniała, czy nie? Tutaj podobno znajdziemy dowody na "tak, oczywiście". Czy to do końca prawda?

Autor jest takim cwanym lisem, zarzucając czytelnika chmarą dowodów na istnienie, obalając tezy sprzeczne, wertując archiwalia niczym wytrawny badacz, wreszcie odwołując się do science fiction. Taki Sherlock Holmes współczesnych mitów. To sprawia, że książkę czyta się łatwo i sprawnie, a i człowiek wyciągnie coś ciekawego dla siebie. Autor nie pierwszy raz rzuca się na głębokie wody (dosłownie), słynie ze śmiałych tez dotyczących Chińczyków.

Atlantyda pojawiła się po raz pierwszy u Platona. Opisywał ją jak utopię, ziemię ze społecznością samowystarczalną, żyjącą w głębokim dobrobycie. Ale zaczęli uważać się za bogów i przez to pochłonął ich potop. W świetle rozważań Menziesa Atlantyda wcale nie musi być takim mitem, jak nam się wydaje. Była wyspą - autor próbuje ustalić jej położenie - która z powodu kataklizmu, możliwe że przesunięć tektonicznych, wybuchu wulkanu itp. znalazła się pod wodą. Na Morzu Śródziemnym wiele wysp tak zakończyło. Dziwiłam się mapce (pełno w niej ilustracji), według której wyglądało, że Atlantyda mogłaby być... Ameryką. Ale spokojnie, autor do takich wniosków nie dochodzi, choć wiele jest dość kontrowersyjnych.

Menzies przedstawia Atlantydę jako dobrze prosperującą cywilizację, wcale nie taką mityczną (w końcu nie musiała rodzić brylantów na każdej skale), która rozwijała szlaki handlowe nawet z Wyspami Brytyjskimi, nowe wykopaliska świadczą podobno, że tak samo robili późniejsi Grecy i Fenicjanie (może i dopływali do Ameryki i stąd posiadali tyle orientalnych dóbr?). Uważa, że kulturze Egipskiej w budowaniu piramid i ogólnym rozwoju mogli pomagać nie kosmici, a właśnie atlańczycy (w tezie, że powstali przed nimi). Autor zbiera wszystkie tezy o tym miejscu, te przemilczane, jak i nowe odkrycia oraz te powszechnie znane i daje je pod lupę, a że pewnie każdy słyszał o tej krainie, na pewno książka go zainteresuje.


wtorek, 10 września 2019

Przystanek XLVI: Alicja i ciemny las Piekara


Autor: Jacek Piekara
Tytuł: Alicja i ciemny las (seria: Po zmroku, cykl: Alicja)
Wydawnictwo: Red Horse
Rok wydania: 2008
Ilość stron: 166
Gatunek: Fantastyka, new age, science fiction
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nieee... <Kocyk zdezorientowany, ale pewny>

Źródło: tezeusz.pl

Nigdy jakoś nie doszło do tego, bym w końcu doczytała tom I cyklu Alicja i coś mi się zdaje, że w przyszłości po to się sięgnę. Zresztą, nie czuję braku, mimo że lekturę wspominam nawet z radością.
Aleks i Alicja. Na początku było to coś dziwnego (nawet jak na Piekarę), ponieważ ta relacja przypomina dziewczynkę związana z pedofilem. Nawet na końcu tomu nie przestaję tak uważać, mimo że ich stosunek wydaje się platoniczny, a umysły czytelników zboczone... Aleks wyrusza do Ciemnego Lasu, aby ocalić Alicję, poświęca się dla niej, ponieważ to ona zmieniła jego życie, które bez niej wydaje się wyjątkowo puste.

Książka nie jest tak łatwą lekturą, mimo że jak widać wyżej, jest dość cienka, pełna jest metafor, przeróżniejszych odwołań i dość ckliwych cytatów, które można użyć potem na tablicę facebooka (ale nie, że próbowałam xD). Powiedziałabym, że więcej tam tego niż akcji, ale nie czyta się przez to gorzej. Trudno jednak powiedzieć coś konkretnego o tej pozycji... Na pewno każdego wciągnie historia, po prostu by dowiedzieć się, co znajduje się na jej końcu, kim naprawdę jest Alicja.