piątek, 20 listopada 2020

Rozkład jazdy

 Jako że rok się kończy (przesadziłam? Ja? Znowu?), należałoby przygotować się na KONIEC.

W sensie roku. Kto wie, może pożegnamy też w końcu gorączkę pandemii i wszystkiego, co się z nią wiążę. Bo nie wiem jak wy, ale ja mam już trochę dość...


W każdym razie będąc w temacie dalszych książkowych lektur, plany do końca roku malują się dokładnie tak:

- R. E. Carter seria "Czarny mag" (tak, wciąż męczę ostatni tom - kto by zgadł)

- Dorota Terakowska "Córka czarownic"

- Dorota Terakowska "W krainie kota"

- Mariola Sternahl "Ocean uczuć" 

- Marta Kisiel "Małe Licho" tom I

- Monika Jagodzińska "Wiara, Nadzieja, Miłość"

- Alice Broadway "Blizna" tom III

- Klementyna z Tańskich Hoffmanowa "Dziennik Franciszki Krasińskiej"

- Jarosław Iwaszkiewicz "Dziewczyna i gołębie"

- Amanda Hocking "Zamieniona" tom I

- Katarzyna Grochola "Zdążyć przed pierwszą gwiazdką"

- Joanna Chmielewska "Nawiedzony dom"

- Roald Dahl "Charlie i fabryka czekolady" vs film

- H. P. Lovercraft "Coś na progu"

- Krystyna Nepomucka "Miłość niedoskonała" tom I

-  Jurij Andruchowycz "Dwanaście kręgów", "Moscowiada"

- Serhij Żadan "Depeche mode", "Big mac"

- Pamiętnik Dawida Rubinowicza

- Wiesław Kielar "Anus mundi"

- August Kowalczyk "Trylogia kolczastego drutu"

- Ryszard Henryk Kordek "Blizny krwawią"

- Art Spiegelman "Maus"

- Primo Levi "Czy to jest człowiek"

- Viktor E. Frankl "Człowiek w poszukiwaniu sensu"

- "Numery mówią: wspomnienia więźniów KL Auschwitz" praca zbiorowa

- "Bajki z Auschwitz" praca zbiorowa


poniedziałek, 16 listopada 2020

Przystanek CXIV: Unicestwienie VanderMeer

     

Autor: Jeff VanderMeer
Tytuł: Unicestwienie (cykl "Southern Reach" tom 1)
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2014
Ilość stron: 232
Gatunek: Science fiction
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk uległ hipnozie poksiążkowej, co chyba dobrze wróży tej pozycji>

Żródło: matras.pl

Ha! Zdziwieni? Nie będzie przystanku numer 113, wcale mi nie przykro! <Kocyk, zamknij się, zaklej się krówkami>

Są takie książki, po których należy się parę dni ciszy, ponieważ czytelnik sam nie wie, gdzie tę konkretną lekturę przypisać, gdzie umiejscowić. Jest naprawdę ciężka i wymagająca, co podobno jest normalne u tego autora (to moja pierwsza z nim przygoda) i bynajmniej nie stanowi to minusa, a raczej preludium większych przemyśleń, ponieważ wiele rzeczy możemy odnieść do naszych czasów współczesnych, mimo że to typowa pozycja science fiction. Okej, przyznaję, trochę po prawdzie cierpię również na groźną cywilizacyjną chorobę pod tyłułem: "wieczny brak czasu", a jakoś od marca na "wszystko przez pandemię", więc proszę mnie nadmiernie nie oceniać. No chyba że pozytywnie.

Przyznaję, że ucieszyłam się, gdy dowiedziałam się, że "Unicestwienie" to część 1 serii "Southern Reach" - po pierwsze dlatego, że zaczęłam (wreszcie!) od właściwego tomu (patrz: dziwne przypadki z Kisielową), a po drugie ze względu na nadzieję, że tajemnica zostanie rozwiązana wraz z następnymi częściami i jednak nie zostanę z niczym. Należy przyznać, że tylko po tym jedym tomie pytań się namnożyło i bardzo bym chciała na nie otrzymać odpowiedź... A ta przygoda niesamowicie mnie pociąga.

Jeff VanderMeer to niezwykle ceniony autor i teraz już wiem dlaczego. Wyrafinowany styl, wyszukany język, niebanalny pomysł, ogromnie przemyślana fabuła i tak można mnożyć i mnożyć. Wystarczy chyba wspomnieć, że często jest stawiany obok Philipa Dicka ("Człowiek z Wysokiego Zamku" - kiedyś cię dopadnę!), a moim skromnym spolszczonym zdaniem również spokojnie obok Stanisława Lema czy Jacka Dukaja (wystarczy przeczytać dla przykładu opowiadanie "Katedra") - to ten sam styl, przesycony naukowym nazewnictwem (często zmyślonym na własne potrzeby), rozbudowanymi porówaniami czy rozwiązaniami poszukiwanymi w typowo encyklopedycznych pozycjach. Pomimo zwięzłej wersji wydarzeń na ponad 200 stronach, to przygoda ciężka, toporna wręcz, jakby czytelnik dostał porządnie w twarz z co najmniej 600-stronicowej cegły. Tak, wiem, to boli (nawet dosłownie, bo w zeszłym tygodniu zarwała mi się półka z takimi cegłami). Auć.

Ale wracając do typowo mentalnego bólu: miejscem tajemniczej akcji tego tomu jest Strefa X. Nazwa wiele wskazuje. Niewiadomo, jak powstała, ale winę rzuca się na wojsko, które obok tej strefy posiada bazę. Jakaś ekologiczna katastrofa. Rządzi się własnymi, nieznanymi i niezrozumiałymi prawami, toteż organizuje się naukowe wypady, by ją wreszcie zbadać, ale ona regularnie wymyka się wszelkim opisom. Członkowie jedenastu pierwszych ekspedycji do Strefy X umierali, popełniali samobójstwa lub zabijali się nawzajem, a nawet nagle wracali, całkowicie odmienieni i pozbawieni pamięci, jak tego dokonali. Dwunastą wyprawę tworzą wyłącznie kobiety, a wśród nich jest i nasza główna narratorka. Nie znamy jej imienia, w zasadzie nikt nie wymienia żadnych imion, nazywa siebie po prostu "biolożką" i jest nią z wykształcenia (oraz wręcz chorobliwego zamiłowania).

Akcja książki rozpoczyna się wraz z przybyciem dwunastej wyprawy do Strefy X, wpomnianej biolożki, antropolożki, geodetki i wiodącej grupę psycholożki. Językoznawczyni zrezygnowała w ostatniej chwili, co według mnie było smutne, bo to akurat bliższe mi rejony wiedzy... Ale cóż. Powoli dowiadujemy się co nieco o życiu głównej bohaterki, jej zainteresowaniach (szczególnie o basenach pływowych, występujących w książce nader często), dziwnym małżeństwu (mąż w sumie rywalizował z jej "dziwnością"), ale także szczegółach przygotowań do wyprawy, szkoleniu, radykalnym nakazom wyprawy, celach całej grupy, ale i poszczególnych członków, mimo że bohaterowie są opisywani dość zwięźle, wręcz z naukową obserwacją, jakbyśmy spoglądali na nich przez mikroskop. No cóż, niektóre cechy są po prostu nieważne w oczach biolożki.

Potem jednak akcja komplikuje się z każdą przeczytaną stroną. Co najciekawsze - nawet rzeczy uważane początkowo za fundamentalne zostają poddane wątpliwościom. Ciężko jest stwierdzić, co jest prawdą, co dzieje się z główną bohaterką i członkami jej załogi. Strefa X wpływa na ludzkie umysły i zmienia każdego, ale ta "zmiana" jest zupełnie inna niż początkowo zakładamy. Wiele szczegółów doprowadza nas do względnej prawdy, nim sama biolożka je uzna, ale jest to zrozumiałe dla czytelnika - niektórych prawd nie chcemy przyjąć do wiadomości aż do samego końca.

Biolożka jest w ogóle ciekawą postacią. Jak już wspomniałam, biologia, obserwacja fauny, a głównie flory to jej konik, jeśli już nie prawdziwa mania, co wpływa na jej ekscentryczne postrzeganie świata, również tego w Strefie X, którym jest ogromnie zafascynowana (to dlatego tam wyrusza). Polubiłam ją również za potrzebę nadawania nazw istotom nawet już skatalogowanym. Zresztą, to nie jest postać schematyczna, porównywalna z całą rzeszą bohaterów - niet, biolożka stoi od nich daleko, jak przystało na introwertyczkę. Mnie najbardziej zaciekawiła postać Pełzacza i jego wpływu na otoczenie - to jest właśnie coś, co bym chciała poznać bliżej oraz powód, dla którego będę się bawić w łapu capu w księgarniach internetowych. Wracając ponownie do biolożki, wydaje się, że prócz mikroskopu w głowie i zdolności analizy wszystkiego co się rusza bądź nie, nie posiada ona żadnych innych odczuć czy emocji, a jednak idzie ona tam, gdzie wcześniej był jej mąż (choć powód ten potrafi wytłumaczyć inaczej). Uważam, że postać kobieca opisana przez męskiego autora straciła nader mocno na swojej emocjonalności właśnie dlatego, że stworzył ją mężczyzna, a nie potrzeba, ale mogę się mylić. Fascynują mnie międzypłciowe sposoby pisania (fajna nazwa, zaklepuję ją!), śledzenie ich różnic i już sobie wyobrażam, jak stworzyłaby ją pisarka. W gruncie rzeczy w tego typu science fiction nie przodują kobiety (w stylu tak mocno naukowym), jeśli w ogóle którakolwiek łapie się za ten gatunek. Jeśli ktokolwiek zna, proszę mnie zaznajomić.

Podsumowując: cały pierwszy tom to podróż do Strefy X, miejsca rodem z postapokaliptycznych scenerii, ale także w głąb psychiki głównej bohaterki, postaci nader złożonej i niejednorodnej, dzięki czemu ta podróż jest tak interesująca. To książka wymagająca i dlatego jestem ciekawa, co by z nią zrobiła młodzież (choć pewnie najwyżej origami - tak, pesymista ze mnie). Pomimo biologiczno-wyrafinowanego stylu, ten tom czyta się dobrze, a lektura wciąga, szczególnie przez nieźle nakreślone tajemnicze miejsce, które po prostu chcemy odkryć, zrozumieć za pomocą metod biolożki. Choć osobiście nie chciałabym już czytać o kolejnych basenach pływowych...

poniedziałek, 9 listopada 2020

Przystanek CXII: Rok 1984 Orwell

     

Autor: George Orwell
Tytuł: Rok 1984
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 1950
Ilość stron: 360
Tłumacz: Tomasz Mirkowicz
Gatunek: Literatura piękna, antyutopia
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? This is a WAR and this is SPARTAAAA! <nie pytajcie, proszę...>


No to teraz coś z klasyków pójdzie na ruszt. Orwella nie ma co przedstawiać, wszyscy kojarzymy go ze szkoły z kolejnego jego klasyka ze słynnym hasłem: "Wszyscy są równi, ale niektórzy równiejsi". Ta konkretna to książka-masakra, która zmienia schematyczne spojrzenie na świat i to jej największy plus. Sporo kontekstów przeszło już do popkultury, nie wszystko jednak można tak po prostu przejąć.
"Wielki Brat Patrzy" - to hasełko znamy z reality show, które zdobyło ogromną sławę i które świecą swoją przerobioną formą do dziś (choć osobiście wolałabym, by nigdy nie powstało to coś w rodzaju "Wyspy miłości", bleee), wzięły swój początek właśnie dzięki inspiracji tą konkretną książką Orwella.
Świat, w którym każda ludzka jednostka znajduje się pod kontrolą (ciągle podsłuchiwana i podglądana przez m.in. teleekrany), zdominowana przez władzę oraz własną samokontrolę (by bodaj Boże nie podpaść władzy), wszechobecny strach, bezradność i samotność, gdzie nawet miłość to zbrodnia, a pojęcia „wolności” i „sprawiedliwości” po prostu nie istnieją. Wielki Brat stoi na czele Partii, bunty tłumione są przez Policję Myśli, a historia bez przerwy modyfikowana na potrzeby chwili. Sąsiad, rodzina, nawet dziecko mogą donieść na jednostkę odpowiednim służbą, nie istnieje przecież coś takiego jak miłość rodzicielska czy wdzięczność dziecka do rodziców. Za nawet najmniejsze przestępstwo grozi śmierć i usunięcie śladów istnienia. Słowem: książka ukazuje idee komunizmu w największym rozkwicie, w całej swojej esencji, do której w pewnym sensie w historii jednak doszło. Autor przewidział te dzieje, spodziewając się, do czego może dojść po II wojnie światowej. Czy był jedyny? Pewnie nie. Znając brutalność polityki, tak było pewnym sferom wygodniej i korzystniej finansowo.
Głównym bohaterem książki jest Winston Smith, pracownik Ministerstwa Prawdy. Jego praca polega na wymazywaniu nazwisk nieżyjących osób, a także wszystkiego, co negatywnie wpływa na odbiór władzy. Jego problem zaczyna się wtedy, gdy analizuje dane przypadki, zaczyna się zastanawiać - popełnia myślozbrodnię. Częściowo zostaje zachęcony do kolejnych buntów, częściowo sam odkrywa spisek i postanawia się przeciwstawić władzy, odnajduje podobnie myślącą duszę. Końcówka wprawia czytelnika w zaskoczenie, mimo że jest to książka nie pierwszej młodości. Zresztą, ja Orwella kocham, nawet infantylnie zarysowany przez szkołę "Folwark zwierzęcy" jest dla mnie niesamowity, także w związku z jego myślą przewodnią.
Podsumowując: warto. Ogólne idee tej pozycji każdy z nas już będzie w miarę łapał, ale to książka głównie na myślenie, ukazanie perspektywy, do czego może doprowadzić kontrola i ślepe wypełnianie obowiązków oraz nieprzemyślane bunty z ferelnymi pseudoprzywódcami. Brak celowości, koncepcji, myśli przewodniej itp. Może książka jest stara i pochodzi z tego 1950 roku, ale my się od tego czasu niczego nie nauczyli, nie ma co się oszukiwać.
Historia lubi się powtarzać. Taki pesymizm. To też główna cecha tej książki...

piątek, 6 listopada 2020

Przystanek CXI: Samotnośc bogów Terakowska

    

Autor: Dorota Terakowska
Tytuł: Samotność bogów
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1998
Ilość stron: 260
Gatunek: Literatura piękna, fantastyka
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? A kogo to obchodzi? <nie rozmawiam z wrednym Kocykiem, bo wypił mi całą herbatę i muszę iść do sklepu>

Źródło: lubimyczytac.pl

Spokojnie, nie zamierzam Terakowskiej przerabiać przez cały listopad (jej książki w końcu kiedyś się kończą, to nie King :P), ale jeszcze muszę poukładać sobie parę rzeczy, zanim przejdę do innych pozycji, więc wykorzystam znowu twórczość tej pani, aby... co tu ukrywać, zyskać na czasie :)

Omawiana tu powieść również krąży wokół tematów religijnych. Akcja dzieje się, powiedzmy pokrótce dawno - bardzo dawno - czasy wręcz średniowieczne, w czasach mitologii słowiańskiej. Starzy bogowie (pogańscy, żądni krwawych ofiar) odchodzą na rzecz nowych (bardziej... wyrozumiałych), ale nie potrafią się z tym pogodzić. Albo po prostu walczą o przetrwanie. Stary bóg, Bezimienny, staje do walki o rząd dusz z Bogiem Dobroci. Nawet wioska zmienia się w związku z nowymi, bardziej "cywilizacyjnymi" wpływami. Niestety, religie bez przerwy ewoluują, odchodzą starzy bogowie i przychodzą nowi, a to tok ciągły i nieprzerwany.

Cała książka zasadza się na pewnej teorii, że ludzie sami tworzą sobie bogów, ich kult, a dzięki tej ich wierze dają im życie. Piękne idee tworzone wokół niej (przypomina proste piękno filozofii Jezusa) z czasem są wykorzystywane i w konsekwecji niszczone przez złe intencje. Podniosłe kulty stają się płaskie, religia zostaje zmniejszona do roli narzędzia, środkiem do osiągnięcia celów kapłanów, tych czujących się lepszymi od reszty społeczeństwa, wiara ludzi wykorzystywana i niszczone są przez żądze władzy i bogactwa. Jak widać, wiele szczegółów można odnieść do rzeczywistości.

Głównym bohaterem książki jest Jon, członek słowiańskiego plemienia, który ratując tonącą dziewczynę, przepływa rzekę i staje na zakazanym drugim brzegu. Od tego momentu zaczyna słyszeć głos wzywającego go pradawnego zapomnianego boga. Później, jako dorosły już mężczyzna wyrusza, aby wypełnić swoje przeznaczenie i tutaj wątki zaczynają się mieszać i akcja przyspiesza, przez co trzeba się sporo namęczyć, by wszystko sobie połączyć w czytelniczym mózgu.

Ostatnią kwestią, którą poruszę, jest język powieści. Tutaj staje się bardziej wymagający, dochodzi filozofia oraz motyw dobra i zła, co akurat w książkach pani Terakowskiej często się pojawia. Może nie walki między nimi, ale dotyczący pewnych przemyśleń. Akcja znowu nie jest tak ważna, by przeważyła nad emocjami, które się tam pojawiają, ale wiele rzeczy należy się domyślać i odgadywać, przekładać na własne przemyślenia, co nieco komplikuje odbiór, ale pozytywnie. Czasem książkę należy odłożyć na trochę, by ją przetrawić, zanim dojdzie się dalej.

Podsumowując: ja jestem całą sobą za, co widać po ocenie, bo to Terakowska. Uważam, że "Tam gdzie spadają anioły" jest lepsza, ale ta dotyczy po prostu innej tematyki, trudno więc oceniać. Ten mniej mi podszedł, co może być bardzo subiektywne. Jest to książka bardziej filozoficzna, troszkę w stulu "Labiryntu" Kate Moss, na pewno nie na lekkie wieczorki z herbatką i Kocykiem (pilnujcie swoje kubki przed Kocykami!), a raczej na serię zadań z przeznaczeniem na tydzień.

czwartek, 5 listopada 2020

Przystanek CX: Tam gdzie spadają anioły Terakowska

   

Autor: Dorota Terakowska
Tytuł: Tam gdzie spadają anioły
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Rok wydania: 1999
Ilość stron: 312
Gatunek: Literatura piękna, fanstasyka
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Taaaak! <Kocyk lata po całym pokoju, udaje chyba aniołka>

Źródło: ecsmedia.pl

Jako że seria "Czarnego Maga" wciąż nie jest dokończona, a książka Sternahl do mnie jeszcze nie przybyła i w ogóle poczta spóźnia się podobno z powodu pandemii, więc biorę się za inne zaległości, czyli Dorotę Terakowską. Z plusów kończę jeszcze "Unicestwienie" Jeffa Vandermeera, które wciąga do końca, więc niedługo parę słów o tej pozycji się pojawi.

Główną bohaterką yej konkretnej książki jest dziewczynka o imieniu Ewa, która utraciła swego Anioła Stróża. Bez jego opieki zaczyna ciężko chorować. Z prawdziwych emocjnonalnych chwil przechodzimy do metafizycznej sfery. W bezdomnym należy doszukiwać się cech anielskich, w łabędzich piórach kompletnie innego właściciela. W końcu okazuje się, by Ewa mogła wyzdrowieć, musi wspomóc swojego Anioła, aby wygrał ze swym bratem bliźniakiem, Aniołem Ciemności. Czytelnik jednak musi sam się zorientować w relacji złotej trójcy, kto jest zły, dobry i co to w ogóle znaczy, o przepięknym pomyślenie na imiona - kolejno Ewa, Ave i Vea - sam musi doszukiwać się sensu oraz wzoru. 

Jest to piękna forma tłumaczenia, dlaczego ludzie zapadają na tak ciężkie choroby, szczególnie w obrazie dziecka, które musi zrozumieć swoją sytuację również w kontekście rodziny i bliskich. Ewa niemal brutalnie chwyta się brzytwy, aby nie siedzieć w miejscu, tylko szukać sensu i coś robić, wykonuje zadania, aby wspomóc swojego Anioła, a finał bije na kolana. Relacja dwóch Aniołów jest również bardzo interesująca, na tle walki Dobra ze Złem, ale także na tle wyraźnie biblijnym, ze sporą wiedzą chrześcijańską, w której autorka bardzo dobrze się orientowała i dlatego nieźle lawirowała pomiędzy tematami. Chyba nigdy tak wiele nie nauczyłam się z prawie gatunku fantasy.

Podsumowując: nic więcej nie zdradzę, choć już i sporo powiedziałam. Książka jest myślę bardziej przeznaczona dla młodszego czytelnika, dość metaforyczna, wręcz metafizyczna, dotyka tematu śmierci. Bardziej kobieca. Nie ma tam rwącej akcji, wszystko jest powolne i stonowane, skierowane na emocje, ale to są właśnie cechy twórczości Terakowskiej. Także niesamowita wyobraźnia.

środa, 4 listopada 2020

Przystanek CIX: Szaławiła Kisiel

   

Autor: Marta Kisiel
Tytuł: Szaławiła (seria "Dożywocie" tom 2,5)
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 40
Gatunek: Fantastyka, mitologia słowiańska
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk robi sobie właśnie kisiel do lektury i ma wszystko w... nitkach>

Źródło: emp-scs-uat.img-osdw.pl

Trochę dziwnie, kiedy się najpierw czyta resztę (poczynając od ostatniego tomu), a dopiero na końcu opowiadanie wyjściowe. Niemniej czego nie robi się z miłości do Bazylka? No właśnie. Ale laicy mnie nie zrozumieją, więc należy się wytłumaczyć. Warto dodać, że to opowiadanie znajduje się także w zbiorze opowiadań "Pierwsze słowo", o którym to tomie pojawi się słów więcej w późniejszym czasie.

Główną bohaterka tego zwięzłego opowiadania, hucznie objętego mianem tomu 2,5 serii "Dożywocie", jest nasza kochana lekarka, Oda z tomu III "Oczy uroczne". Należy wspomnieć, że dwa pierwsze tomy "Dożywocie" oraz "Siła niższa" w zasadzie nie są ze sobą związane (łączy je wyłącznie miejsce wydarzeń oraz ostatnia munitowa scena z "Szaławiły"). Odświeżenie: wydawnictwo Mięta w kwietniu 2022 zapowiedziało, że podpisano umowę z Kisiel na serię dotyczącej Bazylka i Licho - a więc nie jest to koniec historii tego koziego czorta.

O czym to? Wspomniana Oda postanawia się odseparować do reszty od życia po śmierci (skomplikowanie) bliskiej osoby i uciec w dzicz. W tym celu udaje się na... cóż, zadupie i tam zapuszcza korzenie. Jak to się robi? Otóż kupuje się kawałek ziemi i dom na allegro, idąc kompletnie za ciosem i wbrew oczekiwaniom czy poradom bliskim. Bez wody, prądu, ale mam nadzieję, z szambem (tego nie wiem, zakładam). Nic nie wie, gdzie w zasadzie zamierza zamieszkać, ale o to chodzi w tym opowiadaniu, by to odkryć. Zresztą, coś ją chyba ciągnie do tego miejsca. Mieć jakiś cel poza ogarnianiem się, gdy nagle odwiedza (nawiedza?) cię niesforna rodzina i wypytuje o powody tak skrajnych decyzji. A potem wyskakuje diabeł, ulubieniec publiczności. No nic, tylko przeczytać. Całe to krótkie opowiadanie skupia się głównie na procesie godzenia się Ody z przeszłością i poszukiwaniu siebie we współczesnym bycie, stanowi również zapowiedź serii o "Małym Lichu" (trochę dziwacznie, ale nie mnie oceniać). Występują rzecz jasna obok wpływy mitologii słowiańskiej, nie będącej wyłącznie zwykłymi legendami, postaci z nią związane.

Podsumowując: "Szaławiła" to tylko wstęp do właściwej przygody (do tomu "Oczy uroczne", w zasadzie obowiązkowa baza), wstępne poznanie Bazylka (najlepsza postać ever! wciąż z kozią wadą wymowy i nieco więcej tym razem o jego tatusiu), zakrojona przyjaźń z Rochem, pojawia się również dosłownie na sekundę tajemniczy aniołek. Słowem: wszystko, co fani Kisiel znają z innych części/ serii/ książek/ tomów (wtf, czemu ja tak wymieniam?!). Ogólnie nie jest źle, ale ja bym osobiście tak krótkie opowiadanie nie ujmowała w osobny podtom w liczbie 2,5, tylko na hurra połączyła jako dodatek gratisowy do któregoś z tomów. Najlepiej jako początek dokładnie do tomu "Oczy uroczne". Mniej zmyłki dla czytelników i przynajmniej ten rozgardiasz jakoś prezentowałby się milej. Ale cóż, nie jestem wydawcą.

Tak PS. czy ktoś ogarnął, jakiego koloru oczy ma w końcu "Małe Licho"? Bo w "Szaławile" posiada chabrowe, a w "Dożywociu" - tęczowe... Nie, że się czepiam (tak, się czepiam!).

wtorek, 3 listopada 2020

Przystanek CVIII: Wiem, jak wygląda piekło Dąbrowska/ Krajewski

   

Autor: Alina Dąbrowska w wywiadzie z Wiktorem Krajewskim
Tytuł: Wiem, jak wygląda piekło
Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 368
Gatunek: Literatura faktu, wywiad/ rozmowa
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? Kocham, kocham, kocham!

Zdjęcie: litera.pl

To pozycja, która zaskoczyła mnie z wielu powodów (także cenowo ^^, drugie wydanie). Po pierwsze była na nią przecena (a tanie wydania wspomnień obozowych to moja pięta achilessowa), po drugie sposób ich przedstawienia. W erze odchodzenia ostatnich świadków II wojny światowej, wspomnienia II pokolenia (dzieci Świadków, postrauma) zaskakują mnie co nie miara, ale Wiktor Krajewski przeprowadza wywiad z żyjącym Świadkiem i przekombinowuje formę na coś zupełnie innego. Nowego. A ja lubię nowości!

Krajewskiego należy kojarzyć, bo on popełnij już taki numer w przeszłości przy jego słynnej "Łączniczce" (debiut w 2015). Zajmuje się literaturą faktu i takie wywiady to jego specjalność, dopiero ostatnio odszedł nieco dalej na rzecz po prostu literatury pięknej, ale z biograficznymi zapędami w "Chciałbym nigdy cię nie poznać" (wydana teraz, w 2020). Ogólnie uważam go za bardzo dobrego autora i mimo że dla tej książki nie przynoszę oceny 10/10, to jednak nie żałuję, że ją przeczytałam, a do samego Krajewskiego wciąż mam niezachwiany szacunek i zamierzam w przyszłości dalej go czytać. Nie rozczarował mnie, po prostu wykonanie jego idealnego pomysłu miało swoje wady. 

Książka jest wywiadem, formą bardziej jednak przypominającą rozmowę z Aliną Dobrowską, byłą więźniarką m.in. KL Auschwitz (od 1942). Dostała się tam za działalność konspiracyjną, ogólnie przeszła przez 5 obozów oraz dwa marsze śmierci. Nic dziwnego, że do Oświęcimia przyjechała dopiero po 50 latach, nie potrafiąc wcześniej stawić czoła przeszłości. Jest to postać nieodłącznie związaną z działalnością muzum w Oświęcimiu, do dzisiaj stara się na miarę swoich sił uczestniczyć w wydarzeniach muzeum w Oświęcimiu, jeździć na spotkania z młodzieżą i dzielić się własnymi wspomnieniami. Niestety ze względu na pandemię nie prędko będzie nam dane zobaczyć ją na spotkaniach, strasznie tego żałuję, ponieważ jeszcze nigdy nie było mi dane ją poznać osobiście, znam ją wyłącznie z opowieści oraz kilkumetrowych spotkań (bo ja również uczestniczę w wydarzeniach muzeum) i nigdy nie miałam odwagi pójść zagadać, taki ze mnie nerd. Dąbrowska to jeden z ostatnich Świadków tego wycinka historii, jeśli nie naprawdę ostatni (urodzona w 1923, dziś ma 95 lat!), ponieważ współcześnie do muzeum przyjeżdża pokolenie 1,5 (dzieci, które dostały się do KL Auschwitz lub urodzone tam). Poniżej podaję link do Instytutu Pileckiego, na którym jest link ze sfilmowanymi jej wspomnieniami, jeśli ktoś by miał ochotę ją bliżej poznać:

https://instytutpileckiego.pl/pl/zbiory/swiadkowie-epoki/alina-dabrowska-cz-3

Występowała również w internetowym talk-show „7 metrów pod ziemią”. Na pewno nie jeden ją rozpozna.

Dlaczego ja jestem taka zaaferowana tą konkretną książką? Ponieważ w niej pozycja narratora często wysuwa się przed postać Świadka, normalnie otoczonego aureolą świętości. Owszem, Krajewski oddaje chołd Dąbrowskiej (nawet za bardzo), ponadto nader wyraźnie zaznacza swoją pozycję. Mnie to początkowo strasznie przeszkadzało, ale nie jest to błędny zabieg, po prostu nowe ujęcie. Narrator co trochę wtrąca swoje trzy grosze, przejmuje pałeczkę we wspomnieniach Świadka. Żywo się wtrąca. Dokładnie zarysowuje swoje emocje w konkretnych sytuacjach, obrazując czytelnikom swoją relację z osobą, którą robi wywiad, jego odczucia.

Jakiś czas temu omawiałam "Mój Auschwitz" Władysława Bartoszewskiego. Tam jako autor wskazywany jest ten były więzień, mimo że tak naprawdę jest to jego rozmowa z Piotrem M. Cywińskim i Markiem Zającem. Ich rola jednak wykrusza się wyłącznie do zadawania pytań, powodowania pewnych reakcji i szybkiego wycofywania się w nicość. Obserwacji z daleka, panowania nad sytuacją, aby były więzień KL Auschwitz czuł się w miarę swobodnie i chętny do zwierzeń. Taka właśnie forma występowała zawsze, dopiero Krajewski ją przełamuje. Po pierwsze swoje pytania wciela w pełny tekst, opisując powody ich zadawania, często poetycko (sic!), wręcz na bogato relacjonuje swoje obserwacje. Do tej pory takie przełamanie widziałam wyłącznie w tekstach pokolenia II (i dalej), gdzie powstają naprawdę hubrydyczne formy.

I warto powiedzieć coś o wadach. Owszem, spodziewam się, że taka forma przedstawienia nie każdemu się spodoba i pewnie dlatego książka szybko trafiła na przecenę (helloł, jest z 2019 przecież). Ja miałam z nią problemy, za nim nie zaczęłam brać ją za swoistą ciekawostkę. Prawdziwy jednak kłopot stanowią momenty, gdy swoje obserwacje i spostrzeżenia narrator zaczyna brać jako fakty, bez dyskusji ze Świadkiem. Nie ulega również wątpliwości, przynajmniej w moim mniemaniu, że Alinę Dąbrowską chce widzieć jak Wisławę Szymborską, niby staruszkę w podeszłym wieku i furą opowieści, a jednak z sarkastycznym okiem i pewną "słodką złośliwością" w przestawianiu swojej przeszłości czy poglądów. Nie jestem pewna, czy to dobre, ponieważ np. ja uważam, że ona wcale taka nie jest, że to bardzo subiektywne odczucie, na które nie ma dowodów.

Podsumowując: pomysł niezły, tylko mam wrażenie, że autor się w tym przedstawieniu zagubił. Pomysł na przedstawienie odczuć odbiorcy uważam za plus, ale sposób ich opisu, tj. nafaszerowanie złożonymi metaforami, zbytnia pewność siebie, wręcz narzucanie swoich ocen bez konfrontacji ze Świadkiem uważam za wypaczony. Mam wrażenie, że Krajewski był tak podniecony swoim pomysłem, że bez większego namysłu rzucił się na taką formę przekazu, szykbo napisał i wydał, zanim się zastanowił. Szkoda, że nikt go przed wydaniem nie skrytykował. Alina Dąbrowska jest fantastyczną postacią i nie zamierzam jej w niczym ujmować, ale Krajewski narzuca się nam w przedstawieniu jej osoby z jakimiś litaniami, odami i innymi długimi formami pochwalnymi, przekształcając żywą przecież Dąbrowską w patriotyczny pomnik. Przepraszam bardzo, ale wystarczyło parę razy podkreślić jego szacunek do niej, bez tych epitaf, omg. Przez to czyta się tę pozycję momentami bardzo źle, szukając końca tej katorgi, a przecież nie o to chodzi, bo czytelnik naprawdę chce poznać Dąbrowską nawet z pozycji narratora, ale bez tworzenia z niej Matki Boskiej. Ona jest ikoną samą w sobie, nie potrzebuje różdżki Krajewskiego, por favor. Dlatego uważam, że dobrze byłoby wykorzystać ten sposób ujęcia jeszcze raz, ale bardziej pilnując swój entuzjazm.