czwartek, 22 października 2020

Przystanek C: Lęki podskórne Zaborowska


Autor: Marta Zaborowska
Tytuł: Lęki podskórne
Wydawnictwo: Czarna Owca
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 440
Gatunek: Thriller psychologiczny, kryminał, sensacja
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Raczej nie, ale Kocyk do tej pory siedzi osowiały, bo "nic w jego życiu nie ma sensu", to najwyraźniej bardzo pesymistyczna książka>

Źródło: lubimyczytac.pl

Tadaaam! Wybiła setka. Z tej okazji zrobiłam pirueta i stanęłam na głowie, ale rzecz jasna nie nagrałam tego (trudno byłoby jeszcze przy tej okazji utrzymać kamerę).

Zostańmy przy polskiej literaturze. Skoro mamy ją tak wspierać i wydawać ostatnie oszczędności, to warto byłoby chociaż wiedzieć, dlaczego. No i na co. Jeśli nie wybierzemy tak cenionej w Polsce fantastyki, warto byłoby złożyć się (albo raczej "wyłożyć się") na kryminał, który ostatnio robi niezłą karierę u nas.

Bernard i Luna. Reżyser teatralny i... trudno nazwać. Małżeńswto dziwne i jakby z przypadku. Nikt nie ma zielonego pojęcia, dlaczego są razem i po co. Obok idealny przyjaciel gej oraz była żona, w zasadzie jedyny krąg znajomych. Każdy jest na swój sposób szalony, ma własne problemy, które komplikują pozornie udane życie. W końcu dochodzimy do wniosku, że nic tutaj nie jest na właściwym miejscu, wszystko jest pokręcone, jakoś tak nie tak. A w tle niemal "rodzinnej" historii morderstwo, pozornie nie mające nic wspólnego z tymi postaciami, a potem wręcz wszystko. Zanim na końcu dowiemy się, kto zabił, musimy jeszcze dowiedzieć się, kto jest ofiarną, dlaczego i jak Ben uległ wypadkowi, odkryć przeszłość Luny, wybrać się na cholernie dziwne wakacje i... no to chyba wszystko. Początkowo wszystko wydaje się dobrze, jednak z każdą sceną robi się coraz... dziwniej. Nie znajduje lepszego słowa.

Podsumowując (tak, tak szybko): nie było tak źle. Wspierałabym się z nazwią "thriller psychologiczny" dla tej pozycji, bo jednak grozy było tam dużo mniej na mój gust, choć jest to moje osobiste odczucie. W sumie każdy z bohaterów jest "grozą" na swój idywidualny sposób. Bohaterowie to duży plus tej pozycji - niezwykle charakterystyczni, odmienni. Wina przerzucana jest z postaci na postać, aż wreszcie po prostu nie wiemy, kto zabił. Rzeczywiście dałam się zwieść głównemu motywowi (którego staram się nie zdradzić), tak że dopiero pod koniec ogarnęłam, co się stało, choć zdaje sobie sprawę z faktu, że dla wnikliwego i obytego z daną tematyką czytelnika to będzie bułeczka z masełkiem. Czyta się przyjemnie, bo książka jest dobrze zbudowana i przemyślana, choć należy dodać, że jest to lektura ciężka i trudna, na pewno nie na jeden wieczór (i to nie tylko z racji ilości stron), a dzięki temu, że dobre wydawnictwo, nie ma również błędów, do których można by było się przyczepić lub wkurzyć podczas lektury. Już z tej przyczyny dałam wysoką ocenę. Należy również nadmienić, że pojawia się więcej sekretów, które urozmaicają przygodę z tą książką. Gdy wydaje nam się, że już już jesteśmy bliscy rozwiązania, odkrywamy po prostu kolejną tajemnicę Luny, Bena lub jego przyjaciela.

środa, 21 października 2020

Przystanek XCIX: Upiór w ruderze Pilipiuk


Autor: Andrzej Pilipiuk
Tytuł: Upiór w ruderze
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 318
Gatunek: Fantastyka
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? A tam! <Kocyk właśnie strzela do wyimaginowanych wrogów z wyimaginowanego karabinu, więc zostawiam go w spokoju, zanim też stanę się celem>


To moje pierwsze spotkanie z tym autorem, chciałoby się rzec, że nie ostatnie. I, o zgrozo... akurat tak właśnie jest. W sumie los chciał, że tego dziwnego pana z wielką brodą spotkałam przed lekturą podczas targów książki w Warszawie, czyli w czasach, kiedy takie wydarzenia były zupełną normalką. Ach, czasy. Powiem szerze, że Andrzej Pilipiuk wkłada w swoją twórczość samego siebie. Interesuje się militarią, II wojną światową (punktuje u mnie), czasami komunizmu, co uwidacznia się w szczegółówych opisach broni czy jakiś działań z nią związanych, PRL-owskich sytuacji, a do tego posiada nietuzinkowy humor, ogromne pokłady ironii i sarkazmu oraz... powiedzmy, że to "coś", co cenię w twórcach. Rodzaj dzikiej kreatywności, mocnej fantazji (w końcu fantastyka), wyrafinowanej szczerości, nie przejmowania się tym, co powiedzą lub pomyślą inni, przemyślanej formy pozbawionej błędów (tutaj: pewnie brawo korektorzy).

No dobra, to sobie powychwalałam gościa, teraz do rzeczy. Prezentowany tutaj "Upiór w ruderze" (w zasadzie upiory) łączy ze sobą kilka historii, pozornie ze sobą związanych, w rzeczywistości jedynie powiązanych miejscem oraz trzema względnie porąbanych kobitek (znaczy się, postać służącej jest całkiem spoko, myślę). Najlepsze jest to, że żyją tylko przez pierwszy rozdział, a potem już ten byt określany jest jako "martwy", co nie przeszkadza im w dalszych działaniach i ogarnianiu akcji. Absurd w zasadzie goni absurd, ale wszystko ma ręce i nogi, wiąże się słodko z historią i w zasadzie czytelnik dochodzi do wniosku "no dobra, tak to w sumie mogło też być". Spoko, wiem, że to kompletna fantazja, ale tak realistyczna poprzez bogate opisy, z takim głębokim researchem... No nic, tylko lubić. Ostatni rozdział, OMG, zaskakuje, jest cudowny właśnie przez to kompletne zaskoczenie. Mówiłam o przekraczaniu granic? W ostatnim rozdziale to na całego. Autor bowiem wybiega okropnie w przyszłość i szokuje swoją wizją. Pozytywnie, choć mam tu na myśli kolejną okupację, co w zasadzie jest nieprzyjemnym przekazem - że Polacy zawsze były pod zaborem i już zawsze będą, nigdy wolni, nigdy swoi. Ale zawsze kombinatorzy.

I uwaga, bo nic więcej nie zdradzę. Trudno by mi zresztą było bez wnikania głębiej w treść. Z pozoru ot historyjka podzielona na kilka rozdziałów zahacza nam o szereg współczesnych problemów, robi pewny przekrój od przeszłości do przyszłości. Pilipiuk nie raz, nie dwa, przekracza granice, ale robi to w taki przyjemny, niebanalny i dobroduszny sposób, że nie można się obrażać. Jakby nie patrzeć - kwitesencja jego jestestwa, co wie każdy, kto słuchał jego wypowiedzi. To człowiek, który głęboko ceni fantastykę polską oraz jej fanów, chyba pierwszy facet, który mówi wprost, że wszystko zawdzięcza nam.

Ok, to chyba już kryptoreklama... W takim razie pora kończyć. Nie ulega wątpliwości, że tego autora polubiłam. Pozytywnie mnie zaskoczył. Nigdy nie czytałam czegoś podobnego, czegoś tak przemyślanego... To nie przypadkowy zbiór historyjek powiązanych jednym miejscem, ot, by coś wydać i zaspokoić zarazem czytelników i wydawców. Wątpię również, by kończyły mu się pomysły, inaczej, raczej pokazuje, że ma ich całkiem sporo w zanadrzu i powinniśmy się trzymać bandy, by nie upaść przy kolejnej pozycji. To jest jazda! Ten człowiek myśli i to jest tak... ja wiem, zaskakujące? Chciałabym w przyszłości sięgnąć po jego klasycznego Jakuba Wędrowycza, bo coś czuję, że i ta postać mnie czytelniczo rozwali (też nie owijając w bawełnę).  Bo czy Pilipiuk mnie rozwalił, to rzecz oczywista.

Kurczęta, ale się nachwaliłam... Podsumowując: no warto, jeśli ktoś jeszcze tego nie zauważył po moich słowach. Przyznaję, że czasami występują sytuacje przesadzone, ale uważam, że nie dochodzą do żadnej cenzury. Powiem szczerze, że nawet przy rubasznych dowcipach narrator zachowuje fason, czym mnie szczerze (znowu) zaskoczył, bo na takiego nie wygląda, przyznajmy się publicznie... Jednak formą wpasowuje się w szerokie rzesze czytelnicze. Ja się na jego historii uśmiałam, moja babcia również, młodzież podejrzewam, nie zostanie w tyle, dlatego uważam, że to książka dla czytelnika w każdym wieku, zdolnych już pojąć sarkazm. Pojawia się multum odniesień do militarnych spraw, partyzantki, opisów mundurów, ale są one jasno wytłumaczone i nie stanowią tolkienowskiego opisu (w sensie: okropnie długiego, na kilka stron), jednak jeśli ktoś podobnej tematyki nie lubi... To tak, nie dla niego. Większa część akcji rozgrywa się w czasach komunizmu, łącznie z sarkastycznymi uwagami i sytuacjami do "tych czasów", co znowu stanowi ciekawe tło i dryg do wspominek u starszego pokolenia (i nie mówię tu o sobie^^). To przyjemna lektura, ale trochę wymagająca, nie na lekkie wieczorki przy zimowej herbatce. No chyba, że chcemy się zakrztusić.

wtorek, 20 października 2020

Przystanek XCVIII: Doktryna wojenna II RP Cyra


Autor: Adam Cyra
Tytuł: Doktryna wojenna II RP w latach 1918-1939
Wydawnictwo: Grafikon
Rok wydania: 1972/ 2020
Ilość stron: 93
Gatunek: Historia
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nieeee! <za bardzo kocha pana Cyrę #teamlove>


Zacznijmy po takiej znacznej przerwie od czegoś niespodziewanego... Historia jak najbardziej realna na tapecie. A jak!

Że ja się interesuję II wojną światową, to rzecz jasna, ale czy świat wie już o niej dostatecznie dużo? No nie. Nawet nie trzeba tam wcielać żadnego "chyba", to rzecz całkowicie pewna. Jeśli ktoś pana Cyry jeszcze nie zna, proszę to nadrobić, to osoba, która zajmuje się m.in. tematami związanymi z KL Auschwitz, napisami na ścianach cel bloku 11, ale także samym Witoldem Pileckim. Choć to już osoba starsza, doktor, pracownik naukowy, to posiada swój blog, który skrzętnie aktualizuje (nie tak, jak ja) - strona "wprawnym okiem historyka". Radzę tam zajrzeć (kryptoreklama).
 
Co takiego można znaleźć w tej książce? Ano coś o doktrynie wojennej. Naszej. Też sceptycznie podchodziłam do tej pozycji w związku z tytułem tej pracy (btw to dokładnie praca doktorska z roku 1972), ale chodzi po prostu o wojskowe przygotowanie Polski do wybuchu kolejnej wojny, jej przygotowanie militarne, plany wojskowe, strategie bitewne, polityka itp. W gruncie rzeczy mało zdajemy sobie sprawę z faktu, w jakiej czarnej... dziurze byliśmy po I wojnie światowej. Owszem, uzyskaliśmy niepodległość po tych słynnych 123 latach niewoli i wygraliśmy "cudem" (dosłownie) bitwę w 1920 roku, ale poza tym byliśmy w opłakanym stanie. W 1918 uzyskaliśmy kraj wysoko zróżnicowany, w gruncie rzeczy wyzyskiwany przez inne kraje, bez rozwiniętych ośrodków, gdzie można by było produkować broń, nie mówiąc już o wprowadzaniu jakichkolwiek nowych technologii, ponadto nie zapominajmy, że finansowo i gospodarczo też nam się nie wiodło. Obywatele zaciskali pasa, rząd próbował tworzyć coś z niczego i tak zastała nas II wojna światowa.

Nie chcę wszystkiego zdradzać, ale chyba nie powiem zbyt wiele, jeśli nadmienię, że my, Polacy, jesteśmy wielkimi kombinatorami, więc i wtedy zaczęliśmy kombinować. Wielką nadzieję łączyliśmy z sojuszami, bo trzeba przyznać, że tak słabe państwo pomiędzy dwoma mocarstwami, które w każdej chwili mogą uderzyć (skakanie w strategi "który pierwszy zacznie" też nie pomagało) musiało się jakoś ratować. Ogromną pomoc uzyskaliśmy od Francji, także w kwestii edukacji młodych adeptów, która jednak traktowała nas częściowo jako rynek zbytu. Sporo się mówi także o polityce Piłsudskiego, stanie obywateli, liczbie naszych sił militarnych oraz jak zmieniały się poglądy na sytuację wojskową rok po roku (a często z miesiąca na miesiąc), przy pogłoskach o tym, co się dzieje u sąsiadów i zawieraniu kolejnych sojuszy również między zagranicznymi państwami.

Dnia 10.10 tego roku udało mi się cudem dojechać na promocję tej, powiedzmy sobie szczerze, małej książeczki. W dyskusji dowiedzieliśmy się więcej o konflikcie z Czechosłowacją, o którym to niestety w książce mówi się mało (dokładnie dwa zdania i nic, czego byśmy nie wiedzieli). Prócz samej pracy doktorskiej pana Cyry, znajdują się tam również wspomnienia jego opiekuna naukowego, Mariana Zgórniaka, dotąd niepublikowane. To podkreśla bliską relację, jaka wiązała promotora i studenta, który o obozowej przeszłości swojego profesora wtedy w ogóle nie miał pojęcia, dowiedział się dopiero, gdy wyjawił mu, że postanowił objąć stanowisko w muzeum w Oświęcimiu, toteż książeczka ma stanowić pewny hołd dla jego osoby. Z minusów całej pozycji należy nadmienić jej niewielką liczbę stron oraz to, że praca obroniona w 1972 roku nie została poszerzona o nowe informacje, które dzisiaj poznaliśmy (tak jak m.in. o Czechach czy Węgrach), zaktualizowana np. poprzez nowy rozdział. Bo nie twierdzę, że to książka nieaktualna - wręcz przeciwnie, wyjątkowo jasno naświetla sytuację Polski przed wybuchem II wojny światowej, dla mnie stanowi niesamowite źródło wiedzy i uważam, że choć po tylu latach, bardzo dobrze, że została opublikowana, szczególnie teraz, gdy pojawia się tyle nieprawidłowości w myśleniu, również obywateli polskich, w stosunku do tego przykrego okresu. Należy jednak dodać, że na sobotnim spotkaniu promocyjnym w samej dyskusji pojawiły się wątki, które lekturę wzbogaciłyby o wiele potrzebnych tematów i to bardzo źle, że poznały je wyłącznie osoby, które pojawiły się na tym wydarzeniu. Mam jednak jeszcze nadzieję, że ten "dodatek" pojawi się na blogu.

I na koniec mój ból właśnie na temat Czechów (rozróżniam tu Czechów i Słowaków z powodu ich odmiennych planów wojskowych, ale pamiętam, że była wtedy Czechosłowacja). W książce jak już wspomniałam, pojawia się ten temat dwa razy i nic nowego nie wnosi, natomiast na spotkaniu dużo się działo w obrębie tego tematu. Dowiedziałam się m.in. że gdyby udało się nam zawrzeć porządny sojusz w Czechami, to... moglibyśmy nawet wygrać tę wojnę. To co prawda najpiękniejszy scenariusz, nieco wyidealizowany, ale jednak nie ulega wątpliwości, że Czesi byli niesamowicie dobrze przygotowani militarnie, tylko właśnie brakowało im sojuszników. Chciałoby się powiedzieć: nas. Niestety, najwięcej poróżniło nas prawdopodobnie sprawa o Zaolzie - po zajęciu tego terenu przez Czechosłowację i w wyniku represji Polacy zaczęli masowo uciekać z tamtych terenów w głąb Polski. Ja osobiście (znaczy z dokumentów) znam znowu nieprzyjemne sytuacje jeszcze z 1935, o próbie wypędzenia Czechów "za Ostravicę". Generalnie oba kraje zawiniły i kto wie, gdybyśmy stworzyli razem silny sojusz, to może Francja i Anglia również by nas wspomogła. Ale to już całkiem inna historia.

Podsumowując: książka wiele wnosi na temat naszego polskiego poglądu na sprawę II wojny światowej. Rzadko literatura wspomina o okresie 1918-1939, skracając go do "przygotowywania się do II wojny światowej" czy "formowaniu granic II RP". Ale jak to się dokładnie odbywało? Czy naprawdę spodziewaliśmy się wybuchu kolejnej tak dużej i długiej wojny? Dlaczego nikt nie tamował działań Hitlera? Czy naprawdę byliśmy skazani na klęskę? Na te i inne pytania odpowie nam dopiero dr Cyra. Także zachęcam do tej lektury, ponieważ uważam, że to nie tylko pozycja dla historyków, ale i Polaków, którzy mają wyidealizowane wrażenie na temat tego okresu, także naszych stosunków z Francją i Anglią. Osobiście dopiero po tej lekturze uświadamiam sobie pomoc, jaką otrzymaliśmy od Francji i ich powodach złamania sojuszu z Polską. Dużo daje już samo przeczytanie krótkiego (jedna strona) zakończenia pracy, ale wiadomo - my, książkoluby, nie uciekamy się do samych streszczeń ;)

Pozdrawiam ciepło!

poniedziałek, 19 października 2020

Rozkład jazdy

 O Mater Dei, jak tu głucho, pusto!

Czyżbym widziałam samotny krzak? :O  Takie rzeczy tylko w necie.

Wypada się wytłumaczyć, że w ciągu pandemii, która dla mnie się zaczęła tak spokojnie, straciłam pracę, motywację do życia i ogólnie nie było zbyt przyjemnie. Miesiąc temu jednak zdałam egzamin, który zawaliłam już dwa razy, znalazłam nową pracę i teraz życie wydaje mi się piękniejsze.


Ale zaostrzają znowu przepisy, więc jeśli najdzie kolejna przerwa, to będzie wiadomo, czemu mnie tu nie ma.


Do rzeczy. Z teraźniejszych uciech, których recenzje pojawią się w najbliższym czasie, to:

- Andrzej Pilipiuk "Upiór w ruderze"

- Marta Zaborowska "Lęki podskórne"

- Shari Lapena "Ktoś kogo znamy"

- Martin Stewart "Skrzynia ofiarna"

- Marta Kisiel "Małe Licho", "Szaławiła"

- J. Grzędowicz "Księga jesiennych demonów"

- Becky Albertalli "Leah gubi rytm"

- R. E. Carter "Czarny mag" (seria)

- Alina Dąbrowska w wywiadzie z Wiktorem Krajewskim "Wiem, jak wygląda piekło"

- Dorota Terakowska "Tam gdzie spadają anioły", "Córka czarownic", "Samotność bogów", "W krainie kota"

- Mariola Sternahl "Ocean uczuć" 

- Jeff Vandermeer "Unicestwienie"

- Susan Hill "Kobieta w czerni" 

i co pewnie dziwne: Adam Cyra "Doktryna wojenna II RP"


Więcej grzechów (na razie) nie pamiętam, ale się one pojawią. W rozszerzeniu. Do zobaczenia!

czwartek, 13 sierpnia 2020

Przerwa techniczna

 Oj.... Tak bardzo zaniedbałam...

Ale na pocieszenię dodam, że wiele książek przewinęło się przez moje ręce w ostatnim czasie, będzie więc o czym pisać. Musze tylko pare rzeczy sobie jeszcze dogłębnie przemyśleć...

No i skończyć serię Carter, o której niedawno się wiele mówiło (ale moim zdaniem taki pseudo Harry Potter z perspektywy kobiecej, nic szczególnego), kończę właśnie drugi z czterech tomów!

Więc będzie się działo!

Ale powoli, wiadomo, nic na siłę, w końcu mamy korona.

Prawda?

Trzymajcie się wszyscy w zdrowiu i radości!

Do następnego!


niedziela, 21 czerwca 2020

Przystanek XCVII: Płacz Kisiel


Autor: Maria Kisiel
Tytuł: Płacz (tom 3)
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 318
Gatunek: Fantastyka
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie! <za bardzo ceni wszelkie wzmianki o obozach koncentracyjnych>


Dzisiaj będzie tak jakoś krótko, ale za to bardziej na temat. Ostatnio coraz częściej wybieram książki tej polonistki, możliwe, że rówież dlatego, że w jej pozycjach rzadko zdarzają się błędy. Jej wyobraźnia jest za to zawiła, również z tego powodu, że kroczy za mną jakieś fatum - zbyt późno ograniam, że coś jest kolejnym tomem czegoś innego. Taka zmyłka... Na okładkach kolejnych tomów Kisiel nie ma napisu "tom 1" i tak dalej, to już się pojawia wewnątrz lektury, jeśli w ogóle. Z jednej strony rozumiem koncepcję, z drugiej - nie po raz pierwszy jestem zagubiona.

Cykl wrocławski na tapecie, ale tylko ostatni (do tej pory) tom. Powiem szczerze, że potrafiłam się w nim połapać (ale cwana jestem!), ale brakuje mi trochę wcześniejszych historii. Siłą rzeczy, trzeba będzie nadrobić. Zgrabna historia z topografią Wałbrzycha i okolic, więc warto wybrać się na wycieczkę, a potem trochę poczytać. Historia jest dość ciężka. Pojawia się ten tytułowy płacz, zagubieni w czasie oraz zgrabne połączenie z tajemnicami nazistów (trzeba dodawać Niemcy?). Wbrew pozorom nie mamy do czynienia z przepełnieniem formy. Owszem, występują się zabiegi humorystyczne i opary śmierci, również pewne przesadzenie (także w czarnym humorze na siłę), ale da się przeżyć.

Trudno mi tutaj opisać fabułę, bo każda próba będzie spoilerem. Dziwaczna rodzinka z przymusu i nie tylko leci na łeb na szyję ratować swoją latorośl. A potem ten ratunek przesuwa się dalej. Po drodzę pojawiają się rodzinne problemy, które rozwiązuje się w międzyczasie załamu... czasowego. Czy czasoprzestrzeni. Nieważne. W trzecim tomie czytelnicy już powinni się zżyć z bohaterami, poznać ich bliżej i tutaj mają taką możliwość. Pani Matylda, jedna z byłych mojr, wciąż nie traci zapału pomimo podeszłego wielu i staje się kolejną postacią niemal mityczną (umówmy się, że Dante żył trochę dawno), jak Wergiliusz prowadzi resztę w nazistowskie głębiny. To na pewno najbardziej przemyślana postać, idealny przewodnik z wiedzą idealną, niemal niemożliwą.

Podsumowując: mnie się tam podobało z tego samego powodu, co Kocykowi - pojawiały się tajemnice nazistowskich tuneli oraz KL Gross-Rosen. Poza tym historia niepodobna do żadnych innych czytanych przeze mnie książek, a to naprawdę spory plus. Z minusów tylko dla mnie - lepiej ograniać wcześniej twórczość autorów i przed zakupem dowiedzieć się, co które jest pierwsze, by potem nie było znaków zapytania.

No i nie było Bazyla, a nikt nie potrafi go zastąpić.

piątek, 19 czerwca 2020

Przystanek XCVI: Ja cię kocham, a ty miau Miszczuk


Autor: Katarzyna Berenika Miszczuk
Tytuł: Ja cię kocham, a ty miau!
Wydawnictwo: W.A.B.
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 352
Gatunek: Komedia kryminalna
Ogólna ocena: 5/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk ma mocniejsze nerwy po ostatnich wybojach, więc nie, ale zadowolony to on nie jest, ponadto od tygodni strzela fochem i się nie odzywa>


Powiem szczerze, że to kolejna książka, nad którą opinią zastanawiałam się przez ładnych parę dni. Nie wiem, to chyba już zasada współczesnej literatury, że nie jest jednoznacznie oceniana, z drugiej strony mam wrażenie, że pozytywne opinie biorą się z wiatru, a nie uważnej lektury. Należy zaznaczyć, że pojawiło się w tej pozycji parę nowych chwytów, co cieszyło oko, ale jednocześnie powtarzało wiele innych. No cóż, do dzieła.

Mamy historię pokazaną ze strony zwierzęcia domowego, pana kota o przerośniętym ego i zbyt dużej wadze. Postać kota pojawia się wszędzie, zaznacza swą obecność nawet na początku każdego krótkiego rozdziału, przerabiając znane przysłowia i sentencje na kocią miarę. Z jednej strony to urocze, przede wszystkim dla ludzi obdarzonych wyniosłą kocią miłością, z góry wykrawa określoną ilość odbiorców. Ale pani Miszczuk jest poczytna, więc się tym nie martwi.

Sama fabuła napisana jest nieźle, wciąga i jest stosunkowo nowa, na wzór powieści o Holmesie, co też cieszy (zebranie grupy ludzi w jednym miejscu i typowanie zabójcy). O ile na zakończeniu nie wyskoczy postać rodem z Halloween, to nawet można się domyślić rozwiązania. W ogóle (zapamiętajcie to słowo, tak ważne w tej recenzji) zarys fabuły oraz móżdżek przyjętego narratora sprawia, że jest to historia dość infantylna. Bardzo lekka dla dorosłego odbiorcy mimo ilosci trupów, ale z przeznaczeniem bardziej dla młodzieży bym powiedziała. Zresztą, dedykacja książki kotom mówi sama za siebie. Lubię te zwierzątka, sama mam dwa, ale miałam wrażenie pewnego nieporozumienia - koty to samotniki, nie przywiązują się do ludzi tak jak psy, chociaż każdy ma swój charakter, nawet zwierzę. Mam wrażenie, że to kot budował u Ali (jego właścicielki i główej bohaterki) poczucie wartości, jakby prawdziwa autorka właśnie tego potrzebowała. Wyglądało mi to na umiłowanie książek dla nastolatek, w których główna bohaterka jest ślicznotką, ale sama nie ma o tym pojęcia. Mówiąc krórej - kot czasami przesadzał. I nudził.

Pani Miszczuk już się w kryminalnych aspektach bawiła, więc spodziewałam się trochę większego sensu w tej historii, a szczerze się zawiodłam. Narracja "spoko", ale zakończenie z jednej strony zaskakuje (co zwykle jest plusem), z drugiej niestety zaskakuje właśnie negatywnie - ono nie ma sensu. Sporo postaci (lepiej byłoby się przychylić nad ich dłuższym opisem, bo się potem mylili) zabijanych z powodu... nie muszę spoilerować, po prostu nie wiem, jakiego, bo śmierć kilku osób w ogóle nie ułatwiało sprawy. A kreśląc "w ogóle" mam na myśli "W OGÓLE", obojętnie z której strony to ugryźć. I wciąz nie rozumiem, dlaczego książka przyszni się takimi dobrymi recenzjami - mam wrażenie, że ktoś przeczytał fragment i stwierdził, że na jego podstawie można już napisać wszystko. Niech będzie, narracja z punktu widzenia kota rzeczywiście była dobrym pomysłem, ale nie jest on pierwszy (Aleksandra Rumin użyła "czasowo" kota Stefana z lepszym wdziękiem), zwierzę zachowywało się prawie jak wszechwidzący narrator, bo miało takie możliwości, ponadto kot nie panikował na widok trupów. Więc tak, widzę plusy takiej techniki, nieźle to wyszło. To reszta się sypnęła. Pod koniec miałam nieodparte wrażenie, że autorka czuła oddech deadlinu na plecach, więc gnała palcami po klawiaturze aż się kurzyło, pojawia się ponadto więcej literówek (są rozsiane po całej książce, ale szczególnie przy końcu), co jeszcze wzmaga uczucie, że parę osób się nie wyrabiało z terminem. Dodam jeszcze, że retrospekcja w początkowym rozdziale nic nie wnosi do fabuły, nie napędza ciekawości czytelnika, a bardziej go kołuje (ja przez to policzyłam więcej trupów). Chyba każdy widzi moją mimikę układającą się w wyraz "bez sensu". Ja bym wolała, by pani Miszczuk nie bawiła się w dzisiejszą modę na wielogatunkowość autorów i pozostała przy fantastyce lub obyczajówce.

Podsumowując: to lekka lektura, bardzo lekka, dla niewymagających czytelników. Lepiej, by nie czytali jej miłośnicy kryminałów, bo końcówka ich rozłoży. Przeznaczyłabym lekturę w ogóle dla młodzieży, pomimo ilości trupów, co przez kota w narracji nie jest tak odczuwalne. I w ogóle (dzisiejsze słowo klucz) zachęcam bezwzględnych miłośników kotów, bo to lektura dla nich szczególnie.