poniedziałek, 23 marca 2020

Przystanek XC: Domek przy plaży Reekles


Autor: Beth Reekles
Tytuł: Domek przy plaży (tom 1,5)
Tłumacz: Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Gatunek: Literatura młodzieżowa
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, ale tylko dlatego, że Kocyk nie chce na to tracić energii



Potraktowałam to jako lekką lekturkę na poczekalnię u lekarza. Nie spodziewałam się po niej niczego więcej i byłam świadoma faktu, że to raczej młodzieżówka (tak, wnikliwe przeczytanie okładki). Książka stanowi dopełnienie pierwszego tomu serii "The Kissing Booth" (podobno hitu Netflixa, przepraszam za totalną ignorancję), przez co również jest na straconej pozycji, bo jej nie czytałam ani nie oglądałam.

"Domek przy plaży" stanowi pewne pożegnanie z dzieciństwem, wakacyjna ostatnia przygoda, bo niedługo nastanie rozstanie oraz próba czasu i rozłąka na czas studiów (o Bożysz, drama). Elle i Noah to kochająca się para, która wcześniej ukrywała się ze swoim uczuciem, teraz może... no wiecie, na całego. Elle i Lee to najlepsi przyjaciele, którzy muszą również jeszcze popróbować, czy czasem nie czują czegoś do siebie. A wokół plaża i w zasadzie masa miłych rzeczy, które mieszczą się na 100 stronach. Trochę nudnawych.

Jak już widać, to lekka lekturka, ciekawsza zapewne dla tych, co znają serię czy film. Nie trafiłam również z wiekiem, z podobnych sytuacji po prostu wyrosłam, co oznacza, że nawet czytanie o nich nie jest dla mnie zbyt ciekawe. A to wszystko nie jest wina tej krótkiej nowelki - o czym wiem nawet ja - czyta się ją dość sprawnie, wszystko opisane z punktu widzenia Elle, oczywiście pięknej dziewczyny, jej ciągłe "o Boże" i znane "a co jeśli on...". Raczej dla fanów lub młodych dziewczynek, ewidentnie dla młodzieży.

niedziela, 22 marca 2020

Przystanek LXXXIX: Bestia Sawicka


Autor: Olga Sawicka
Tytuł: Bestia
Wydawnictwo: Burda Media Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 350
Gatunek: Kryminał, sensacja, thriller
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie tym razem! <Kocyk bije bo ja wiem>

Źródło: taniaksiazka.pl

Nie zdziwię specjalnie nikogo mówiąc, że po kryminały czy sensację rzadko sięgam. Nie jestem też osobą, która szybko odkrywa misterny plan przygotowany przez autora, ale to nie znaczy, że bawię się kiepsko - tak naprawdę twierdzę, że dzięki temu bawię się świetnie, bo hej, mnie zawsze zwiedzie. Często zarzuca się tej książce, że już z okładki można odgadnąć, kim jest morderca, ja tak jak wspominałam wyżej nie zajarzyłam, mimo że miałam swoje podejrzenia.

Tym razem mamy do czynienia z polską pozycją, napisaną na podstawie serialu "Pułapka", co zwykle nie wróży nic dobrego (zwykle lepiej wybierać albo to, albo to). Olga Sawicka gra tam jedną z głównych bohaterek, "Bestia" to jej debiut. Ja akurat filmowej wersji nie widziałam, ale mam coś do powiedzenia w kwestii papierowej.

Jak już widać powyżej w ocenie, to mi się bardzo podobało. O ile pierwszy rozdział odrzucił mnie totalnie na kilka miesięcy, o tyle następne wciągały mnie w intrygę do końca. Pomysł zarysu dzieciństwa przyszłego psychopatycznego mordercy kobiet, przez co stał się tym, kim się stał, był dla mnie prawie nie do przejścia, ale może ja jestem zbyt delikatna. Akcja dzieje się w latach 70., jest sporo odwołań do Wampira z Sosnowca, mimo że miejsce akcji dzieje się w Suwałkach. Trochę postać głównej bohaterki, Ady Krzesickiej, może denerwować - oczywiście piękna, inteligentna, choć z powodów osobistych "zesłanka" z Warszawy. Historia nie jest wybitna, ale czytało się ją łatwo i przyjemnie, nie było żadnych udziwnień, w zasadzie autorka poszła po prostej linii oporu, dość schematycznie, choć mnie, nie obeznanej aż tak z kryminałami, to nie przeszkadzało. Ja się łatwo dawałam nabrać na zabiegi przerzucania wina z bohatera na bohatera, mimo że na końcu sama doszłam do wniosku, że zagadka nie była taka trudna. Rozwiązanie jest, ale w pewnym sensie otwarte. Być może będą kolejne części? Albo to taka furtka na wszelki wypadek.

Podsumowując: dla mnie było dobrze, ale zdaję sobie sprawę, że dla fanów tego gatunku książka może nie być satysfakcjonująca. To raczej powieść dla niewymagających, choć momentami trafiają się makabryczne opisy (jak dla mnie szczególnie pierwszy rozdział). W każdym razie jeśli komuś spodobał się serial, to może pokusić się i o tę pozycję.

sobota, 21 marca 2020

Przystanek LXXXVIII: Ścieżki we mgle Kowalska


Autor: Edyta Kowalska
Tytuł: Ścieżki we mgle
Wydawnictwo: Poligraf
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 280
Gatunek: Literatura obyczajowa, romans
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? A bo ja wiem <Kocyk kręci się, nie wie, gdzie się położyć>


Kolejny dzień uwijania się w kwarantannie, tym razem zamykanie toreb z ciastkami, pieczonymi dwa dni, oddawanie czekolad dla potrzebujących, by nie pochłaniać mimowolnie kolejnych zbędnych kilogramów... I tak, teraz przynajmniej pada, to się chociaż wychodzić nie chce (pewnie, że się chce!). Choć wczoraj wieczorem dostałam maila, dzięki któremu okazało się, że jestem w tytułowej dolnej części pleców i trzeba zrobić coś na wczoraj, a nawet wcześniej... No dobrze, trochę o mnie, a teraz do rzeczy.
Jeśli ktoś widział okładkę powyższej książki, to powie "ładna", wreszcie ktoś o tym pomyślał, poetycki tytuł i... no w sumie tyle o oprawie. Dbam o nią, a i tak mi się już w kilku miejscach przetarła, pozaginała. To Wydawnictwo Poligraf, a ono nie słynie z jakiejś pomysłowości, choć nie powiem, w książce znalazłam ze trzy, cztery błędy, a to i tak mało jak na wydanie.
Mamy do czynienia z obyczajówką, jak na moje oko główna historia jest nazbyt nasiąknięta tragizmem, przez co wydaje się nienaturalna. A miało być z życia wzięte... I oczywiście główna bohaterka Ula, doświadczona przez los, rzecz jasna zjawiskowo piękna, wiadomo, że wyjeżdża/ ucieka daleko nad polskie morze, bo nie szuka miłości, ale walczy o nią dziesięciu chłopa. Tak naprawdę tylko dwóch, ale porządnie, więc mnie chyba rozumiecie. Jako osoba nieco brzydszej (od Uli) urody czuję się zniesmaczona takim zbiegiem okoliczności. No i ile razy już to słyszałam?
Nie powiem, jako obyczajówkę bardzo dużo osób poleca, jest humor, babcina troska pensjonatu, w którym każdy czuje się jak w domu, a nawet lepiej, jak w idealnej rodzinie. Troszkę taka przygoda wakacyjna, polecałabym tę historię na lato. Zresztą bardzo dużo ludzi ją lubi właśnie ze względu na jej lekki charakter. Na moje oko miejscami to historia przesadzona, ale ostatecznie i to się da przeżyć, główna opowieść przeplata się z historiami innych napotykanych osób i jakoś to idzie. Koniec, wiadomo, to nie żaden spoiler, jeśli powiem, że wszystko kończy się dobrze, pięknie, w serduszkach. Na końcu pojawia się poetyckie odniesienie do tytułu, podkreślone niemal magiczną zdolnością dziecka.
Podsumowjąc: polecam. Głównie osobom, które chcą przeczytać niewymagającą historię na raz, na jeden wieczór, do której się nie powraca, usłyszeć, że wszystko skończy się dobrze, nieważne jakby źle było. Że zawsze wokół mamy ludzi, którzy życzą nam szczęścia. Ot, pozytywnie. Na obyczajówkę jest bardzo dobra, posiada wszystko, co trzeba.

 

czwartek, 19 marca 2020

Przystanek LXXXVII: Włoszki Contestabile


Autor: Gabriella Contestabile
Tytuł: Włoszki
Tłumaczenie: Dorota Dziewońska
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 323
Gatunek: Literatura piękna, reportaż
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk kręci łepkiem, poważnie przejęty przeglądem mojej szafy>


Z natury gdy ktoś mówi: "Włoszki, czego mogą nas nauczyć" w domyśle "mnie", na usta cisną mi się sarkastyczne lub lekko ironiczne odpowiedzi. I początkowo również byłam nastawiona negatywnie do tej pozycji, ale brnęłam dalej, bo wiecie, Wydawnictwo Literackie, coś w tym musi być, skoro chcieli to wydrukować. Więc nie zrażając się nawet tym, że poleca ją Katarzyna Tusk (tak, Cudna córa TEGO Tuska), szłam dalej, dość powoli, co chwila zerkając, ile to ma stron.
I było coraz lepiej. Przyznaje, że przy lekturze najgorsze było to moje nastawienie na "nie" - Włoszki jako rasa kobiet (wyolbrzymiam tu) lepsza od reszty świata, z każdym rozdziałem poznajemy ich wyższość oraz jesteśmy zasypywani kolejnymi markami czy nazwami projektantów, o której połowie ja nigdy nie słyszałam. Bywa również, że niektóre terminy lub wtręty włoskie czy francuskie nie są tłumaczone (why, się pytam!), albo przekładane na nasze są tylko raz, więc trzeba z powrotem wertować kartki i szukać, gdzie to było. To wielkie uproszczenie i zapewne niejeden recenzent tej książki będzie to wytykał, ja tylko dopowiem, że aż tak nie jest i da się przeżyć. Ostatecznie dochodzimy do wniosku, że każda kobieta jest inna, różnice widoczne są także między narodami i że tą pozycję nie należy traktować jako miecz na nasze polskie laski, a raczej nowe spojrzenie na modę, styl życia i na kobiecość w ogóle. Szczególnie włoską. Ciekawostka, o.
To lektura wyłącznie dla kobiet, więc mężczyźni zanudzą się przy niej (choć po okładkę w ciepłych beżowych odcieniach raczej facet nie sięga). Trafiają się co chwila tematyczne zdjęcia oraz cytaty różnych postaci (ze świata mody, artystów, ewentualnie kucharzy). Pojawiają się zwroty z życia - to reportaż bardzo subiektywny, poprzetykany biografizmem autorki, co bardzo wzbogaca całość. Przy końcu pojawia się kilka rad o tym, na co kobieta powinna zwracać uwagę przy szafie czy w sklepie. Trochę mi się nie podobały... Nie miałabym co z tego wziąć tak naprawdę do siebie, podobnie jak większość kolejnych czytelniczek - zachęcanie, że w szafie każdej prawdziwej kobiety powinna znaleźć się przynajmniej jedna para butów od Prady (ile lat bym musiała na to oszczędzać?) mogłoby się przydać wyłącznie Tuskowej (przypomnę: gorąco zachęcającej do lektury), a nie przeciętnej Kowalskiej. Może z tego powodu po wypunktowanych poradach pojawiają się ciekawostki, temat slow food bardzo ciekawie ujęty, a na końcu urocze podsumowanie zwieńczone tęczą pochwały sztuki w każdej dziedzinie życia, nawet tam, gdzie się jej nie spodziewamy, zwrot ku pięknie, traktowanym indywidualnie i oryginalnie. Jak mówiłam, kolorki aż rażą.
Pomimo mojego ewidentnego sarkazmu powyżej, bardzo przyjemnie wspominam tę lekturę. Nazwy domów mody czy nazwisk projektantów wciąż nie wykułam na pamięć, ale popieram slow food, ja też tęsknię za różnorodnością nazw i smaków wśród jabłek czy ziemniaków, piętnuję McDonalda i również oglądam "West Side Story" z pewnym rozrzewieniem. Historia autorki i jej rodziny, szczególnie ciekawej postaci matki (która, należy podkreślić, nie poddaje się liczbie wieku), a także sposobie zjednywania sobie ludzi w nowych miejscach zamieszkania (a było ich sporo) bardzo mnie zajmowały. Sprawiły, że lektura nie była nudna, a nawet przy opisach stroju Sophie Loren zawsze znalazłam coś dla siebie, co dla mnie było interesujące. Ta książka to rzeczywiście pochwała Włoszek i włoskiego stylu życia w ogóle, ale z pokazaniem sposobów, na których reszta świata mogłaby się wzorować, nikogo nie piętnuje, nikogo nie wytyka. No i hej, różnorodność jest przecież dobra. Nie ma nudy, po wszyscy są inni.
Ponadto przyznaję, wręcz biję ukłony za to, że forma książki jest głęboko przemyślana. Niedługie rozdziały zwieńczone cytatami, przerywniki w postaci zdjęć czy wycinków ciekawszych wypowiedzi, stopniowe wprowadzanie do tematu, ciekawostki, podsumowujące treść wskazówki modowe, zwięńczające wszystko gładko zakończenie, a także niebanalne opisy, ciekawe spojrzenia, przeplatanie własnej historii z obserwacjami sprawiają, że będę tą pozycję polecać gorąco wielu osobom. Wiadomo, dopiero po tym, jak sobie trochę o niej ponarzekam, wytykając na wstępie to, co mi się nie podobało.
Ale znacie mnie, ja lubię powiedzieć swoje.

wtorek, 17 marca 2020

Rozkład jazdy


Szanowni Państwo,



Czyli wszyscy

Jest mi naprawdę smutno, że nie mogę napisać, iż moja przerwa jest spowodowana koronawirusem. W zasadzie tylko dzięki niemu znalazł się czas, by parę książek dokończyć, zrewidować istniejącą listę, powyrzucać pierdoły... I takie tam. A jako że ewidentnie postrzątałam już dom ze wszystkich wymówek, jakie się dało, to teraz nadszedł czas na małą pisaninkę poczytaniową.

Wiem, więcej z tego błędów niż autentycznych wydarzeń (subiektywna gramatyka, a co).

No cóż... W najbliższym czasie (bardzo bliskim tym razem) na pewno pojawią się recenzje:

- "Ścieżka we mgle" Edyty Kowalskiej,
- "Włoszki" Gabrielli Contestabile,
- "Wróżka prawdomówka" Matta Haiga (wtf, skąd się to wzięło?!),
- "Domek przy plaży" Beth Reekles,
- "Bestia" Olgi Sawickiej,
- parę słów o serialu "Człowiek z wysokiego zamku" (trudno nie komentować czegoś, co jest związane z II wojną światową),
- "Wiem, jak wygląda piekło" Alina Dąbrowska w wywiadzie z Wiktorem Krajewskim,
- Dorota Terakowska w kilku odsłonach: "Poczwarka", "Tam gdzie spadają anioły", "Córka czarownic", "Samotność bogów", "W krainie kota",

-> i pewnie coś jeszcze, co w tym czasie zdołam dokończyć (lub zdoła mnie wciągnąć)

Trzymajcie się!
Na odległość... ale i w cieple, spokojnie, jakoś to przetrwamy

niedziela, 9 lutego 2020

Przystanek LXXXVI: Lanny Porter


Autor: Max Porter
Tytuł: Lanny
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 220
Gatunek: Literatura piękna
Ogólna ocena: 9/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, ale Kocyk czasami nie widział, co myśleć


To książka należąca do tych, o których trudno coś konkretnego powiedzieć... Jeśli miałabym określić styl, wahałabym się między próba poetyckości a prozą poetyczną. Czasami fabuła zabierała więcej miejsca, czasami dialogi, wydłużała się czasowo, a potem nagle zapodawała szybszą akcję. Raz oceniałam tę książkę jako zaskakującą, drugi wręcz przeciwnie. W pewnych miejscach byłam zdegustowana, w innych cieszyłam się oryginalnością. Koniec końców to na pewno lektura, którą trudno ocenić jednoznacznie, ale za to warto pochwalić pomysł niektórych rozwiązań.
Miejscem akcji staje się niepozorna wieść niedaleko Londynu. To również dom niejakiego Praszczura Łuskiewnika, który nagle się budzi (obok zużytego kondomu, co utkwiło mi w pamięci). To jakaś mityczna postać, która jest wszystkim i niczym, a czym dokładnie się zajmuje - niewiadomo. Coś na pozór ekologicznej energii lasu (mimo to nie nazwałabym tej ani żadnej innego historii powieścią ekologiczną)? Nie stwierdzono. Krążą plotki, że porywa dzieci. Uwagę tajemniczej istoty przykuwa wyjątkowy chłopiec Lanny, który jest dziwny, ale jakoś większość mieszkańców nie ma mu tego za złe, nie jest szykanowany, ani nic z tych rzeczy, których bym się spodziewała... Choć gdy "nie ma go w pobliżu", a sąsiedzi mają parę stron do wypowiedzi, okazuje się, że nie było aż tak kolorowo. Mam nadzieję, że nie narobiłam spoilerów? Nie? To dobrze.
Na pewno to powieść przemyślana. Dzieli się na 3 części, w której poznajemy świat Lanny'ego, później świat bez niego, a na końcu rozwiązanie akcji. Powiem szczerze, że największym plusem tej powieści stanowi zakończenie - wprowadzenie Łuskiewnika, który ma plan/ a może go nie ma/ co on w ogóle robi w historii?, sprawia, że czytelnik czeka na magiczne "cuś", poznaje szereg zakończeń, by w ostateczności dostać te, które nie stanowi niczego niezwykłego. W zasadzie nawet do tej pory zastanawiam się, po co obudził się Łuskiewnik i czy rzeczywiście tam był. Dostał to, po co przybył?
Prócz historii Lanny'ego, jego rodziców oraz znajomych poznajemy również psychologiczną stonę całej mieściny. Gdy tragedia bierze górę, każdy inaczej ją postrzega oraz odreagowuje napięcie z nią związane (choć ojciec Lanny'ego, kompletny erotoman, budził we mnie sporą dozę odrazy), nawet spokojni z pozoru sąsiedzi zamieniają się w nieczułe bestie, węszące skandal za skandalem, bogacący się na domniemanych odkryciach. Rzeczywiście, sąsiadów Lanny to miał wyjątkowo kiepskich, wielkie dzięki panie Porter.
Czy mam mówić o minusach? Już i tak przewinęły się przez moją wypowiedzieć, ale nawet ja mogę stwierdzić, że w ogólnym rozrachunku to plusy je przykryły. Dodam jedynie, że spodziewałam się wybuchowej treści, która rzuci mnie na kolana, podobnie jak informacja o dziesięciu nominacjach do "jakiśtam nagród", a w gruncie rzeczy było dość odkryczo i ciekawie, ale żeby od razu porywać się na tak wspaniałe gesty? Cóż za fanaberie! To powieść z gatunku Alice Broadway ("Tusz", "Iskra" i te sprawy), czyli pewna baśniowość, ale bynajmniej nie mrocznego typu, co przeczytałam na okładce. Dowodem na to może być bum reklam przy premierze, a potem nagła cisza zaraz po - co to było? Ptak? Superman? Nie! To chwyt marketingowy! Zamiast promować dobrą książkę, robi się z igły widły i wiadomo, niesmak pozostaje. Czy można ją powierzyć dziecięcym rączkom? Nieee, trochę starszym proszę (pamiętajcie: pan Robert zbereźnik i ten zużyty kondom). Mimo wszystko nie każdy dorosły doceni tę pozycję... Ach te dylematy!
Podsumowując: Nie zanudziła mnie ta lektura, a ponad 200 stron czyta się łatwo i sprawnie, czasami przystając nad ciekawszymi cytatami. Stwierdzam, że nie podobała mi się liczba wyłapywanych przez Łuskiewnika wypowiedzi świata - można by było skrócić je o połowę lub trochę inaczej pobawić się formą, część z nich powinien zachować dla siebie, obojętnie jak byłyby interesujące. Odmienność formy podobała mi się, przez to lektura wydawała się nietuzinkowa. Zaskakująco niezaskakujące zakończenie sprawiło, że podniosła się moja radość o połowę ogólnej oceny (co właśnie poprawiam). Może rzadko to mówię, ale zachęcałabym do tej lektury, głównie przez formę, by ludzie dowiedzieli się, że można żyć inaczej...

sobota, 1 lutego 2020

Przystanek LXXXV: 1917


Autor: Sam Mendes
Tytuł: 1917
Rok wydania: 2020 (premiera polska)
Gatunek: Dramat wojenny
Kraj: USA/ Wielka Brytania
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, to Kocyk tam wiecznie gadał i chrupał karmelkowym popkornem


Taki ze mnie książkolub, że nagle wylądowałam w innym świecie - w sali kinowej. Rzadko to robię, ale jak już, zaczynam wtedy rozumieć, dlaczego popularność kina nigdy nie wygaśnie. To inne emocje, dźwięk rozchodzący się nawet po trzewiach, chrupotanie popcornu, no i ta tępa głuchota po opuszczeniu sali. Pomijam to, że tym gadułą, którego wszyscy marzą wyrzucić, najczęściej jestem ja... Więc sorry!

Ale do rzeczy. Powiem szczerze, że przygotowałam się na kompletne dno, choć wydawało mi się, że to Anglicy będą w tym filmie głównie mówić. Produkcja jednak wyszła na typowo amerykańską. Jeśli człowiek przygotował się głównie na wizualną stronę seansu, a nawet nieco filozoficzną, to rzeczywiście, jest co zachwalać, jednak jeśli chcielibyśmy pocieszyć się historycznie - no to sorry, ale niet.

Powiem szczerze, że muzyka mnie poraziła (twórca muzyki m.in. do "Wall-y" i "Joe Blacka", więc należy lofciać, Thomas Newman jest coraz lepszy!). Nie rzucała się specjalnie w ucho, a jednak miała swoje mocne momenty. Z wizualnych efektów hołubię moment, gdy bohater wstaje ze schodów i ponad trupem Niemca (czy to perwersja?) spogląda na miasto w ruinach nocą, rozświetlane przez race i wystrzały. Warto odwiedzić kino choćby dla tej jednej sceny (ok, trochę ją przedłużają).

Trzepnęłam coś na początku o jakiejś filozofii. Może trochę przesadziłam, ale obraz poszedł dość mocno w literacką stronę, co akurat dla mnie było interesujące. Dowódca mówi prorocze słowa (cytat niestety nie pamiętam z czego) o tym, że tylko w pojedynkę można dotrzeć do celu, czego bohater potem bardzo się trzyma, choć raczej podświadomie. Gdzie indziej wysłani na rzecz jasna misję niemożliwą dwóch bohaterów leci pod prąd, cofa się, odcinając się wyraźnie od bycia żołnierzem. Swoją drogą ja nie wiedziałam, jak wygląda życie w okopach (przynajmniej zdaniem Amerykanów) i nie sądziłam, że ważne są tam kierunki. Warto śledzić pojawiające się na samym początku nazwy ulic okopowych. Inne momenty również zapamiętałam: płatki wiśni okrywające bohatera na wodzie, swoiste przypomnienie ducha kolegi, które dodaje mu sił. Gdy bohater po trupach wydostaje się z wody idzie za głosem śpiewu - to totalnie druga moja (przydługa) ulubiona scena, choć wątpię, by miała coś wspólnego z rzeczywistością. Pół martwy bohater wtapia się w jednostkę i słucha pieśni, a ludzie ockną się dopiero za jej zakończeniu. Głównie gra tu dźwięk oraz mobilność kamery, co znowu jest zaskakujące od strony twórczej. Wreszcie ostatnia scena - odkrycie przez widzów zawartości skrzyneczki oraz kompletnie sielankowa scena pod drzewem, wyjście z piekła (okopów) do raju (choć okolonego szpitalem), gdzie nie ma bomb, strzałów, wojny. To zakończenie można odczytywać chyba na 10 możliwych sposobów i to podeszło mi jak nie wiem!

Muszę potwierdzić, że dość makabryczny widok trupów, zwisających z drutów, pęczniejących na wodzie, w różnym stadium rozkładu, obgryzanych przez gigantyczne szczury był konieczny - mnie osobiście bardzo to przypominało teksty Jacka Leociaka, jak to doświadczenie wpływało na człowieka, a o czym rzecz jasna zapomina się we współczesnych filmach. Patrząc na "Czterech pancernych" (ok, II wojna światowa, wiem) i schludne mundury niemal w każdych warunkach człowiek zapomina, że nie wszędzie była rzeka lub czas, by się odświeżyć, paplanie się w błocie też wiele mi powiedziało.

Denerwowały mnie przeciągnięte płaczliwe momenty typu [SPOILER] zabili ci brata! Ok, ryczmy więc przez 10 minut... Wiem, że jestem już trochę nieczulona na podobne kwestie, ale jednak gdy widz nie związał się emocjonalnie z daną postacią, to tak naprawdę ma gdzieś tę żałobę. Przy końcu scena pt: "Run, forest, run!", gdzie bohater biegnie na przełaj rzucającym się do walki, a w tle pokaźne bombowe wybuchy, to moim zdaniem typowa amerykańska przesada, której Anglicy nie zdołali załagodzić. Przyznaję również, że coś się zagubiło z obrazm I wojny światowej - nie tylko ja miałam wrażenie, że oglądam tę II, szczególnie gdy facet strzela do drugiego niczym z ckmu, a naboje w magiczny sposób nigdy się nie kończą (jak ten papier toaletowy, prawda?), a podczas całego seansu widziałam tylko jednego konia i to martwego...

Film ten pozbawiony jest głębi, to typowy obraz amerykańskiego snu, tutaj bardziej legendy z cyklu opowieści zapomnianych. Jednoznaczne narodowo postaci bezwiednie upraszczają świat do jakiegoś krótkiego atlasu: Niemcy to brutalne potwory, podstępne bestie nawet wtedy, gdy współczujący Anglicy ich ratują, chleją tylko lub zabijają, Francuzki to cudowne samarytanki, przygarniające cudze dzieciaczki czy opatrujące obcych. No i oczywiście bezwzględnie, niemal zabójczo, odważni Anglicy, którzy nie cofną się przed niczym, by ratować... nie wiem, może po prostu dla celu ratowania. Nie rozumiem również, dlaczego wszyscy wierzyli bez dowodu jakiemuś szeregowemu, że jak drze się "mam wielką misję!", to to musi być prawda. Bo co, Anglicy nie kłamią?

Podsumowując: oprawa całego filmu, poprowadzenie fabuły, zdjęcia, muzyka - to jest warte zobaczenia. Jeśli jednak ktoś chciał wybrać się na ten film, ponieważ bardzo interesuje się I wojną światową, to niezbyt mogę polecić. Nie znam się na tyle, by wyłapać każdą fabularną wpadkę, ale czegoś tu brakowało, przynajmniej tego, że nie możemy charakteru człowieka oceniać po jego narodowości. Z drugiej strony trzeba było coś pominąć, by rozwinąć coś innego. W ogólnym rozrachunku to przyjemny seans, z przepiękną środkową sceną i przyciągającą muzyką. Jest oparty na fakcie historycznym, ale czy wiernie odtworzonym - niestety trudno mi powiedzieć, a ja sceptycznie patrzę na takie wątki (tak bardzo Heather Morris, fuj!).