niedziela, 3 maja 2020

Przystanek XCV: Człowiek z Wysokiego Zamku Spotnitz


Reżyser: Frank Spotnitz
Tytuł: Człowiek z Wysokiego Zamku
Rok: 2015-2019
Gatunek: Thriller, Science fiction, historia alternetywna
Kraj: USA
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? W życiu <skaczemy razem z Kocykiem po kanapie, więc to chyba czysta radość, tak zgaduję>

Źródło: assets.upflix.pl

Muszę być kompletnym ignorantem jednak, bo pomimo mojego ewidentnego zamiłowania do tematów II wojny światowej, powieści Philipa K. Dicka o tym tytule nigdy nie słyszałam, mimo że nazwisko autora jest mi znane. Tak po prostu. W poprzednim roku dowiedziałam się dopiero o tym serialu i to w kontekście "najlepszym motywów intro" (co btw jest naprawdę cool "In the Reich"). Wciąż mam aktywne przyrzeczenie, że nie będę sięgać po seriale, ale... wiadomo, nie mogłam postąpić inaczej. Stąd też mój proces dostania się do ostatniego odcinka 4 sezonu trwał dość długo.

Ale nie żałuję. Czytałam już, że książka jest dużo lepsza od jej ekranizacji i ma większy sens, a ja zamierzam się tego dowiedzieć na własnej skórze. Tymczasem zadowoliłam się serialem. Ma się rozumieć, że 1 sezon był najlepszy i że obejrzałam go chyba w 2 dni... ale jestem słowna, prawda? Dalej było trochę gorzej, szczególnie zakończenie wielu osobom nie przypadło do gustu.

Zacznę jednak od początku. Mówimy tutaj o alternatywnej rzeczywistości, jakby wyglądał świat, gdyby III Rzesza jednak wygrała II wojną światową. Jeśli ktoś chciał usłyszeć cokolwiek o Polsce, to mi przykro (megalomania?), akcja dzieje się na terenie USA, Japonii i Niemiec. Stany Zjednoczone zostały podzielone pomiędzy Japonię i III Rzeszę, gdzie zostały wprowadzone zupełnie inne rządy (gruzy pomnika Waszyngtona robią wrażenie), wprowadzono dodatkowo strefę neutralną pomiędzy nimi, tzw. wolną amerykankę, tak to widzę, gdzie można być Murzynem (nie bardzo jednak rozumiem ich sytuację w tym świecie), homoseksualistą i czynnym fanem jazzu. Poznajemy szereg postaci, które można lubić bardziej lub mniej (ale wszyscy charakterni, ciekawi, wielowymiarowi - no fantastyczni!), ale w zasadzie łączy ich jedna osoba - Juliana Craig.

Ona trochę denerwują, szczególnie że w moim mniemaniu powinna zginąć już w pierwszym sezonie. Z jakiegoś powodu jednak nikt nie chce jej zabijać, nawet jeśli staje się jawną buntowniczką. Tyle razy uciekała śmierci, że to cud. Poznajemy również wyższych funkcjonariuszy Rzeszy i ich motywy, w pewnym momencie cała przeszłość (John Smith jest po prostu genialny i nieprzewidywalny), wiele sprawy łączy się z problematyką Orwella znaną z "Rok 1984" (wieczny podsłuch, wszędzie szpiedzy itp.). Niezachwiana wiara dzieci w idee Rzeszy chwyta za serce, szczególnie w postaci Thomasa, a później jego rodzeństwa. Pojawiają się zawiłe niuanse kultury japońskiej, co także nadawało smaczku. Do tego wolna muzyka, zabawa obrazem, wspaniałe krajobrazy ze swastyką na głównym polu (lub na przypinkach u eleganckich damach) - bez pośpiechu, z finezją, tak odmienną od współczasnych filmów akcji.

Potem wkraczamy powoli w większe science fiction (w końcu to Dick): ten alternatywny świat połączono z wiarą istnienia wielu alternatywnych wersji historii. Niektórzy mają szansę przenosić się do innych wersji tak, jak stoją... I coż nich przynosić. Filmy. Tytułowy Człowiek z Wysokiego Zamku jest dystrybutorem podobnej kinoteki (a raczej jej kolekcjonerem). Podobało mi się zakończenie 1 sezonu, gdzie podejrzenie jego identyfikacji możnaby przypisac pewnemu niskiemu człowieczkowi...
Największym atutem jednak całego obrazu są małe chwile. W pierwszym sezonie [spoiler!] Joe Black stoi przy ciężarówce z policjantem, a z nieba pada ciemny pył. Na pytanie Joe, ten odpowiada: "Nie wiesz? Dzisiaj czwartek, palą niepełnosprawnych" (parafrazując). Tak by właśnie wyglądała III Rzesza, gdyby Hitler doszedł do władzy - usuwałby psychicznie chorych oraz inwalidów lub wszelkie osoby zwadami genetycznymi. Pojawia się temat obozów koncentracyjnych, ale w tle i dziwnie jakby skończony (jest głównie mowa o osobach, które już z nich wyszły, tych obozów nie ma zbyt wiele i jakoś szybko przestają istnieć, co jest dla mnie tutaj dość irracjonalne). Ciekawie jednak wplecono temat Lebensborn, o którym akurat wcześniej nie słyszałam (nie miałam pojęcia, że odbywało się to na tak wielką skalę). Zakochałam się (w sensie pomysłowości i dbałości o szczegóły, a nie, że brakuje mi swastyki, proszę nie wymyślać) w obrazie Berlina. Widziałam plany zbudowania wielkiej kopuły na wzór rzymski, w której Hitler by przemawiał - i tak się stało, jest dokładnie taka. Dodałabym jeszcze jednak Norymbergię, która zajmowała specjalne miejsce w planach Hitlera, a tutaj jakoś tak cicho o niej było... No i Rosja. Kompletnie nie wiem, co się z nią stało. Na jednej mapie tylko zdążyłam zauważyć, że na jej ziemiach znajduje się neutralna strefa, ale ręki nie daję sobie uciąć.

Podsumowując: polecam. To naprawdę dobry serial, dawno nie oglądałam lepszego. Zastrzeżenia można mieć do rozwoju niektórych postaci, większość zmienia się dość diametralnie, oraz do pomysłu brutalnego przechodzenia przez światy równoległe (to było trochę za wiele). Oraz zakończenia - dla mnie było urocze, ale jakby się tak nad nim zastanowić, to nie miało sensu... Bo co? Stworzono [spoiler!] z tych kilku światów jeden wielki, czy po prostu wolną wolę poruszania się, jak w metrze? Nie wyjdzie mi coś, ach rzucam wszystko i przeprowadzam się do innego "ja"? Wciąż nad tym myślę... Prawdę mówiąc podczas seansów skupiłam się głównie na tropieniu śladów prawdziwej III Rzeszy i to mnie właśnie urzekło i trzymało do końca 4 sezonu. Smutno mi jednak było, gdy się okazywało, że np. charakterystyczne cechy planów Hitlera (np. eksperymenty na ludziach, pomysł gazowania, Lebensborn, obozy koncentracyjne) były tak po prostu kończone, jakby Hitler stwierdził, że jednak nie miały sensu, w co w ogóle nie uwierzę. Ostatecznie myślę, że nie potrzebował aż kolejnych alternatywnych światów, by zniszczyć swój, momentami obraz był przesadzony.

Ale i tak obejrzałabym jeszcze coś w tym stylu. Albo jeszcze raz to samo?

sobota, 2 maja 2020

Przystanek XCIV: Brithday girl Douglas


Autor: Penelope Douglas
Tytuł: Brithday girl
Tłumacz: Maciej Olbryś
Wydawnictwo: NieZwykłe
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 470
Gatunek: Literatura obyczajowa/ romans
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Chyba tak, bo Kocyk od czterech dni po zakończeniu lektury wali głową w ścianę lub klęczy na podłodze - najwyraźniej wkroczył na drogę oświecenia

Źródło: taniaksiazka.pl

Przez parę dni zastanawiałam się, co powiedzieć, bo w odróżnieniu do wielu opinii uważam, że to nie jest dobra książka. Z jednej strony jest tak naiwna, że dedykowałabym ją młodzieży, z drugiej strony jest tam na tyle wątłej natury seksu, że jak już, to lepiej dla dorosłych. Tyle, że po co ich truć? Nie wymyślę leku na całe zło tej lektury i chyba nie będę się starać. Bo i po co?

Myślę za to, że fanom Hoover to się spodoba. W zasadzie piszą tak samo, ten sam schemat, tylko sceneria nieco inna. Piękna młoda niewyżyta seksualnie dziewczyna, ale rzecz jasna całkiem tego nieświadoma, przeciętna obywatelka zwykłego miasteczka, w której wszyscy się znają, jednocześnie nie znając się w ogóle... Ja wiem, że to bez sensu, ale przecież mówię, jak jest. Nagle Amor strzeli i pozna starszego pana również wymagającego, na którego - rzecz jasna - leci większość wspomnianej miejsowości, czyli wszystkie sąsiadki przechadzające się wokół jego wspaniałej posiadłości w dresach (nie, nie ma tam łańcuchów). Ach, i była żona. Na każdej stronie scen łóżkowych (i około nich) kręcą się jedwabne majteczki i staniczki w seksistowskich odcieniach (rzecz jasna szeroko pojęty róż i uwielbiana czerwień). Jakbym weszła do burdelu, gdzie spełniają się wszystkie schematyczne, powtarzające się do omdlenia rytuały. Naprawdę nie można inaczej? Pochylmy się chwilę nad problemem zrywanych stringów. Ja wiem, że to takie męskie, niesamowicie hardcorowe, ale to w ogóle możliwe? Chiński badziew to raczej, ale wysokiej klasy jedwab? I  nie pytam, skąd u spłukanej nastolatki wiecznie liczącej grosz taki materiał (a ja też liczę i nie mam, fenomen Ameryki), ale finezja przedstawień oraz użyty język poniżej krytyki to w ogóle jakieś nieporozumienie. Na razie głównie moje.

Ona i on, Jordan i Pike. Ach, para od pierwszego wejrzenia uwikłana w konflikt interesów, jakie to tragiczne... schematyczne, nudne i do pożygu. Nie ukrywam, że dopóki nie musiałam przelatywać oczami wokół liter układające się w kręcenie tyłka w sypialni bez swojego chłopaka i jaka to Jordan jest mądra, zaradna, samowystarczalna (gdy ma róg biurka) i nie dająca się omamić żadnemu frajerowi, to było nawet nieźle, zwykła nastoletnia historia o nieszczęśliwej, ale niezaprzeczalnej miłości, która jednak magicznie się układa oraz o tym, jak to przyszłość jest niepewna. Rachunki pojawiające się z różnych stron, ona nieszczęśliwa, on chyba jeszcze bardziej i ten trzeci, tak przy okazji jego syn, (tak, wtf) bawiący się na całego i wciąż nie wiem za co. Nawet gdy na końcu książki zmienił swoje postawy życiowe to i tak ciągle byłam pod wrażeniem, jak to się stało, że mało moralne postaci nigdy nie kopnęli go w zad ze zdwojoną siłą. Ale ok, nie oceniam. Pf, jasne, że to robię, ale z drugiej strony rozumiem, że czasem lub bez przerwy życiowo nie jest to takie proste i dajemy się bezwiednie rucha... ehm, podpadamy logice i giniemy na froncie.

Powiedzmy parę słów o Jordan. Jeśli mam mówić o plusach, to jej tam nie będzie, ale pomysł na tytuł był tutaj chyba jedynie dobrze przemyślaną rzeczą. No i intryga - to żaden spoiler, skoro chwali się na okładce - facet zakochany w dziewczynie swojego syna. Że wszystko potem to jakaś opera mydlana teraz nie dodaję, oj, już poszło...

Ale tytuł, tak tytuł - dziewczyna od świeczek, wiecznie zdmuchująca każdą z marzeniem, rozpoczynająca swoją prawie 500-stronnicową gehennę od własnych kiepskich urodzin, o których pamięta tylko siostra, a świętuje obcy człowiek w kinie, ojciec jej chłopaka... no, żal. Wiecznie pomiatana niewolnica była lub teraźniejsza chyba wszystkich chłopców w okolicy, ale nie jest to na szczęście temat zbyt poszerzony. Jak prosi się, by chłopak odwiózł ją do domu, bo jako jedyna płaci jego rachunki, a on i tak nie przyjeżdża. Po setnym razie wystawienia mogłaby sobie już darować... Jak śpi na stole bilardowym w barze, w którym skończyła nocna zmianę, bo wstydzi się poprosić o pomoc, jak jej chłopak wysyła byłego dręczyciela i gwałciciela, bo sam obraca na boku jaką lasencję... Nie oczekuje tłumaczeń, przeprosin, nie oczekuje w zasadzie nic, tylko zdmuchuje te swoje świeczki, a potem twierdzi w litanii własnego narratorstwa, jaka to jest twarda, silna i zaradna. Ja jej w ogóle nie rozumiałam. Jak dziewczyna, wyraźnie mogąca mieć każdego (mimo że nie jest popularna, praktycznie nie ma przyjaciół i znajomych, ale po zerwaniu z facetem, ustawia się nagle stado - to wtedy co to jest, kolejny cud nad Wisłą??), wybiera głupotę za głupotą?

Pike. Macho, którego pragną wszyscy, ale jakoś telepie się jak już to tylko z byłą żoną, która nigdy nie pracowała, bo przecież Pike za wszystko może zapłacić. No... też żal. Zabiła mnie scena, w której sąsiad wspomina, jak Pike zabawiał się w kuchni ze swoją nastoletnią współlokatorką i zamiast, ja wiem, cokolwiek innego, to co on zauważa? Że w życiu nie widział, by jego kochany - wcale nie - sąsiad tak szeroko się uśmiechał, że był taki szcześliwy. No błagam! Koleś rucha... ehm, leciał w kulki ze dwadzieścia lat młodszą, gorącą, napaloną "na maksa" laskę, kto by się nie cieszył? Rzecz jasna to musi być jednak [spoiler!] sytuacja, w której główny bohater widzi, co stracił. 

Będę kończyć. Krótko mówiąc - nie. To romans taki sam jak ten z historycznych, tylko droższy (porównajcie cenę), niczego nowego nie wnosi, powtarza stare, a i tak dostarcza to samo. Jeśli komuś zależy na scenach seksu podobnych do toku Graya to śmiało, o więcej to nie wiem po co, chwytajcie na własną odpowiedzialność.

środa, 22 kwietnia 2020

Przystanek XCIII: Deszczowa piosenka


Reżyser: Stanley Donen/ Gene Kelly
Tytuł: Deszczowa piosenka
Rok wydania: 1952
Gatunek: Musical
Kraj: USA
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, całkiem spoko <Kocyk kiwa głową w okularkach przeciwsłonecznych>


Wiem, co mówiłam na temat regularności, mimo że dużo mówię (tak, mea culpa). Kończę właśnie grubą i niezamierzoną "Birthday girl", już wiedząc, że nie polecam (kto by się spodziewał, prawda?). Ale na siłę brnę do ostatniej kartki, by zobaczyć, ile scen seksu będzie w finale (zakładam się sama ze sobą). Oglądałam za to ostatnio pewien klasyk musicalowy, czyli właśnie "Deszczową piosenkę".

Wspominam o nim, bo o ile wszyscy pamiętają, że jakiś koleś tańczył tam w deszczu, to jakoś słabo z fabułą. A jest całkiem niezła - akcja rozgrywa się w czasie, gdy nieme filmy zaczynają się zmagać z nowością postępu. Pojawiają się filmy dźwiękowe i szybko przejmują popularność, zmieniając spokojne do tej pory życie filmowców. Wtedy okazuje się, że nie wszystkie gwiazdy poradzą sobie w nowej rzeczywistości, nigdy nie mierząc się z problemem śpiewu czy mówienia swoich kwestii. Lina jest właśnie na tej pozycji - wszyscy z planu filmowego odciągają ją od przemówień publicznych ze względu na jej "krzaczasty" głos. Pomaga jej więc nikomu nieznana Kathy, która podkłada za nią głos. Obie ślinią się też do Dona, amanta filmowego, Lina jednak bezskutecznie. To taka schematyczna piękna, ale głupia bohaterka, wierząca w ploteczki gazetowe, a Kathy oczywiście kompletne jej przeciwnie. Na ekranie śledzimy rozwijające się uczucie między Donem a Kathy, oczywiście z komediowym zacięciem oraz pomysł na nowy film musicalowy dzięki rozwijającej się technice. Niestety to najgorsza część filmu - zbitka muzycznego ciągu, całkiem odbiegająca od głównej historii, ale helloł, ma to swój urok. Przez to jednak film osiąga niesamowicie długą formę (gdzieś około 2 godzin), a spokojnie można było krócej i lepiej.

Zbitka wymienionych powyżej osób przedstawia się jako trójkąt miłosny, ale to tylko pozory - Liny nikt nie bierze na poważnie (co potem rodzi problemy), a główna para od początku czująca do siebie miętę zostaje rozdzielona przez przyjaciela Dona, zabawowego Cosmo, człowieka będącym niemal ludzkim plastrem na wszelkie zło świata, zawsze stojącego w cieniu Dona (ale nie o tym ta historia, to komedia). Cała trójca przypomina mi bohaterów ze sztandarowej powieści Rowling - Harry-wybraniec, Hermiona-mądrala i Ron-Cosmo odpowiadający za humor. Mamy schemat! "Deszczowa piosenka" jednak była dużo wcześniej przed "Harrym Potterem" (musical jest z 1952 roku). Za to wszyscy są dość charakterystyczni i uroczo przyjemni dla oka (szczególnie gdy stepują).

Z piosenek mniej znanych, ale jednak, można usłyszeć "Good morning" - tak, to z tego filmu, moim zdaniem lepsza od tytułowej piosenki - oraz "Make them laugh" (co osobiście też uwielbiam, Cosmo team!). Wszystkie miło się ogląda, mimo że to produkt z 1952, trochę jak "Titanic" - coś, co jest dobrze zrobione można oglądać jeszcze latami. Podobno większość piosenek była użyta w innych filmach, a to wtórna produkcja, ja jednak nie jestem takim znawcą, musicale po prostu lubię (mogę też nie mieć do wszystkich dostępu). Ogląda się dobrze, a nawet lepiej, ciesząc się choreografią i - co trzeba zaznaczyć, bo tego brakuje w dzisiejszych czasach - słowa piosenek mają sens! Wow! Czyli jednak można? Ale tylko w starych filmach.

Podsumowując: lubię, nawet bardzo i od czasu do czasu oglądam, bo miło dla odmiany zobaczyć film nienachalnie zabawny, z małym morałem, do pośmiania się i nie tylko. I zakończenie ma satysfakcjonujące, a nawet z przytupem. Aż miło!

poniedziałek, 30 marca 2020

Przystanek XCII: Wróżka Prawdomówka Haig


Autor: Matt Haig
Tytuł: Wróżka Prawdomówka
Tłumacz: Justyna i Jan Grzegorczykowie
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Gatunek: Literatura dziecięca
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, spoko, Kocyk też ten etap przeszedł


Przyznaję się bez bicia, że wciągnęłam się w grubsze ryby (czyli książki po 500 stron) i całkowicie tracę poczucie czasu na tej kwarantannie... Tak mi szybko leci! W zasadzie już zleciała. Mam porządne zaległości nie tylko w dziedzinie książkowej, ale głównie życiowej, jeśli wiecie, o co chodzi. "OMG deadline minął wczoraj!" to moje nowe motto, muszę sobie je wydrukować na d... olnej części pleców.

Co tam się znalazło u mnie dzisiaj na zbyciu? A! Skoro siedzimy już i tak w depresyjnych klimatach to można zerknąć na dziecinniejszą lekturkę, o której... w zasadzie nie wiem, co powiedzieć. I to jest tak, że ja ZAWSZE mam co powiedzieć, ale po prostu nie rozumiem tego współczesnego humoru z przeznaczeniem dla dzieci. Mnie nie śmieszą kawały o gazach czy kupie i wydaje mi się, że w moich dużo młodszych latach również było podobnie, przynajmniej nie w tych ramach. Bo umówmy się, Matt Haig, wzięty angielski (wracając do tych bąków, to czuć akurat na odległość) powieściopisarz różni się w odczuciu u takiego małego Anglika i małego Polaka.

Będę tak grymasić dalej? No a będę. Albo nie, zmienię tendencję. Ogólny pomysł na bajeczkę nie jest zły, całość pisana wierszem (dla nas dzięki Grzegorczykom) z dodatkiem niezłych obrazków Chrisa Moulda (całość wychodzi praktycznie jako komiks - więcej obrazków niż tekstu). Wychodzimy od bajki w konkretnie bajecznym świecie, a potem dochodzimy do świata naszego - co również jest ciekawym ujęciem. Ach i temat - czy opłaca się mówić prawdę? Wychodzi na to, że nie, wszystko zależne jest od sytuacji, co akurat w bajce dla dzieci mnie zaskoczyło. Czyżby już szczerość nie popłacała? Dzieciom tak walą do głów, że prawda jest najważniejsza, a tu proszę, nie całkiem. Wreszcie ktoś dał odpowiedź, ale opisaną tak, że nawet ja wiem, o co chodzi. Przyznaję, że pomimo obrazków, heheszków, zabawnych sytuacji i gazów to raczej smutna historia o nieszczęśliwej wróżce.

 

Podsumowując: ewidentnie książka dla dzieci? No tak. Powiem szczerze, że o ile maluchy mogą się trochę nie zrozumieć (ale są obrazki!), to starsze będą zadowolone. Może dziwne, ale chętnie wsadziłabym ją do rąk jakiegoś nastolatka, tak dla moralnej oceny, ale wiem, że oni po takiej ilości rysunków mogą dostać pryszczy. Dla mnie to była ciekawa lekturka na pół godzinki (cóż, lubię wyzwania), z interesującym przekazem w dobrej oprawie. Momentami tylko humor jest przesadzony, mimo że to w zasadzie smutna historia - o dorastaniu, zrozumieniu przez dzieci świata dorosłych, dlaczego niektórzy są samotni, zgryźliwi, dlaczego rodzice postanawiają odejść od swoich dzieci, a obok ta prawda, której nie znosimy.

czwartek, 26 marca 2020

Przystanek XCI: Poczwarka Terakowska


Autor: Dorota Terakowska
Tytuł: Poczwarka
Wydawnictwo: Literackie
Rok wydania: 2001
Ilość stron: 322
Gatunek: Literatura piękna
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie! Kocyk zachwycony <dezynfekuje właśnie nitki>

Źródło: dziupla.sowa.pl

Może powinnam zaznaczyć na samym początku (hej, co właśnie robię!), że Terakowską kocham i prawdopodobnie znajdzie się tutaj zbyt dużo "ochów" i "achów" niepodobnych do mojej natury. Spokojnie, potrafię być krytyczna do szpiku kości... jeśli tego chcę.

Z panią Terakowską mam taką historyjkę, że jeszcze jako słodkie dziecko ją pokochałam i miałam poznać osobiście na jednym z konkursów literackich. I co się stało? Dzień przed tym wydarzeniem... zmarła. Także dzisiaj uważam ten przypadek za jakąś dziwną karę losu, zasypując świat pytaniami "why?!". Ale do rzeczy. Jej twórczość to coś w rodzaju poetyckiego świata okraszonego lekką fantastyką, często dotyczącą poważnego problemu opisanego w zjawiskowy sposób, niemal zawsze z odwołaniami biblijnymi (ale ciekawymi). Niektórzy mogą cmokać z niezadowolenia, bo jej książki młodzież spokojnie może czytać - stąd pytanie o dorosłych, helloł, przecież my nie maluchy. Jeśli istnieją książki uniwersalne, które mogą czytać zarówno dzieci, jak i dorośli, to własnie pozycje tej pani. Jeśli ktoś się burzy, to mogę dopowiedzieć, że niektóre są bardziej dla dzieci, a niektóre bardziej dla dorosłych. Kompromis?

"Poczwarka" zalicza się do tych bardziej dorosłych. Opowiada historię o poukładanym małżeństwie Adama i Ewy (gdzieś coś dzwoni?), które dowiaduje się, że ich córeczka ma zespół Downa. Cały świat pary się zawala, burzy idealnie opracowany plan na życie. Co ciekawe, poznajemy opowieść z punktu widzenia dziewczynki, która wiele rzeczy rozumie inaczej i zachowuje się nietypowo (niezgodnie z ramami społecznymi, dla niej to całkiem naturalne). Na zakończeniu się rzecz jasna rozpłakałam, ale go nie zdradzę.

Według mnie książka ma formę idealną, wpisuje się w ramy współczesne, mimo że napisana była z 20 lat wcześniej. Moim zdaniem nie stanowi wyłącznie lekcji dla rodziców i bliskich osób z tą chorobą, a kompletnie odmiennym spojrzeniem na wiele rzeczy, z których często nawet nie zdawaliśmy sobie sprawy. Nikogo nie atakuje, nikogo nie oczyszcza z zarzutów. Z bardzo metafizycznym zacięcięciem, mimo że nie znajdziemy w niej żadnych jasnych odwołań.

Czytałam ją stosunkowo dawno, wracam do niej nie raz, ale nawet po jednej lekturze w gimnazjum byłam w stanie określić, o czym jest ta książka, kto w niej występuje czy jak się kończy, co powiem szczerze, nie zdarza się tak często (mam ograniczoną pojemność mózgową). To znak, że fabuła napisana jest bardzo dobrze, odciskując się emocjonalnie w naszej duszy.

Ale pojechałam... Lepiej już skończę. Jeśli jeszcze ktoś mnie nie zrozumiał, bardzo polecam tę książkę. Pisana jest lekkim stylem jakby dotyczyła przepisu na domowe naleśniki, a mimo to wcale "lekka" nie jest. Do tego trzeba mieć naprawdę talent.

poniedziałek, 23 marca 2020

Przystanek XC: Domek przy plaży Reekles


Autor: Beth Reekles
Tytuł: Domek przy plaży (tom 1,5)
Tłumacz: Patrycja Zarawska
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 128
Gatunek: Literatura młodzieżowa
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie, ale tylko dlatego, że Kocyk nie chce na to tracić energii



Potraktowałam to jako lekką lekturkę na poczekalnię u lekarza. Nie spodziewałam się po niej niczego więcej i byłam świadoma faktu, że to raczej młodzieżówka (tak, wnikliwe przeczytanie okładki). Książka stanowi dopełnienie pierwszego tomu serii "The Kissing Booth" (podobno hitu Netflixa, przepraszam za totalną ignorancję), przez co również jest na straconej pozycji, bo jej nie czytałam ani nie oglądałam.

"Domek przy plaży" stanowi pewne pożegnanie z dzieciństwem, wakacyjna ostatnia przygoda, bo niedługo nastanie rozstanie oraz próba czasu i rozłąka na czas studiów (o Bożysz, drama). Elle i Noah to kochająca się para, która wcześniej ukrywała się ze swoim uczuciem, teraz może... no wiecie, na całego. Elle i Lee to najlepsi przyjaciele, którzy muszą również jeszcze popróbować, czy czasem nie czują czegoś do siebie. A wokół plaża i w zasadzie masa miłych rzeczy, które mieszczą się na 100 stronach. Trochę nudnawych.

Jak już widać, to lekka lekturka, ciekawsza zapewne dla tych, co znają serię czy film. Nie trafiłam również z wiekiem, z podobnych sytuacji po prostu wyrosłam, co oznacza, że nawet czytanie o nich nie jest dla mnie zbyt ciekawe. A to wszystko nie jest wina tej krótkiej nowelki - o czym wiem nawet ja - czyta się ją dość sprawnie, wszystko opisane z punktu widzenia Elle, oczywiście pięknej dziewczyny, jej ciągłe "o Boże" i znane "a co jeśli on...". Raczej dla fanów lub młodych dziewczynek, ewidentnie dla młodzieży.

niedziela, 22 marca 2020

Przystanek LXXXIX: Bestia Sawicka


Autor: Olga Sawicka
Tytuł: Bestia
Wydawnictwo: Burda Media Polska
Rok wydania: 2019
Ilość stron: 350
Gatunek: Kryminał, sensacja, thriller
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie tym razem! <Kocyk bije bo ja wiem>

Źródło: taniaksiazka.pl

Nie zdziwię specjalnie nikogo mówiąc, że po kryminały czy sensację rzadko sięgam. Nie jestem też osobą, która szybko odkrywa misterny plan przygotowany przez autora, ale to nie znaczy, że bawię się kiepsko - tak naprawdę twierdzę, że dzięki temu bawię się świetnie, bo hej, mnie zawsze zwiedzie. Często zarzuca się tej książce, że już z okładki można odgadnąć, kim jest morderca, ja tak jak wspominałam wyżej nie zajarzyłam, mimo że miałam swoje podejrzenia.

Tym razem mamy do czynienia z polską pozycją, napisaną na podstawie serialu "Pułapka", co zwykle nie wróży nic dobrego (zwykle lepiej wybierać albo to, albo to). Olga Sawicka gra tam jedną z głównych bohaterek, "Bestia" to jej debiut. Ja akurat filmowej wersji nie widziałam, ale mam coś do powiedzenia w kwestii papierowej.

Jak już widać powyżej w ocenie, to mi się bardzo podobało. O ile pierwszy rozdział odrzucił mnie totalnie na kilka miesięcy, o tyle następne wciągały mnie w intrygę do końca. Pomysł zarysu dzieciństwa przyszłego psychopatycznego mordercy kobiet, przez co stał się tym, kim się stał, był dla mnie prawie nie do przejścia, ale może ja jestem zbyt delikatna. Akcja dzieje się w latach 70., jest sporo odwołań do Wampira z Sosnowca, mimo że miejsce akcji dzieje się w Suwałkach. Trochę postać głównej bohaterki, Ady Krzesickiej, może denerwować - oczywiście piękna, inteligentna, choć z powodów osobistych "zesłanka" z Warszawy. Historia nie jest wybitna, ale czytało się ją łatwo i przyjemnie, nie było żadnych udziwnień, w zasadzie autorka poszła po prostej linii oporu, dość schematycznie, choć mnie, nie obeznanej aż tak z kryminałami, to nie przeszkadzało. Ja się łatwo dawałam nabrać na zabiegi przerzucania wina z bohatera na bohatera, mimo że na końcu sama doszłam do wniosku, że zagadka nie była taka trudna. Rozwiązanie jest, ale w pewnym sensie otwarte. Być może będą kolejne części? Albo to taka furtka na wszelki wypadek.

Podsumowując: dla mnie było dobrze, ale zdaję sobie sprawę, że dla fanów tego gatunku książka może nie być satysfakcjonująca. To raczej powieść dla niewymagających, choć momentami trafiają się makabryczne opisy (jak dla mnie szczególnie pierwszy rozdział). W każdym razie jeśli komuś spodobał się serial, to może pokusić się i o tę pozycję.