czwartek, 4 lutego 2021

Przystanek CXXI: Dlaczego król elfów Black


Autor: Holly Black
Tytuł: Dlaczego król elfów nie znosił baśni (tom 3,5)
Wydawnictwo: Jaguar
Tłumacz: Stanisław Kroszczyński
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 192
Gatunek: Fantastyka
Ogólna ocena: 8/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie <cholera, Kocyk, to po co ty w ogóle tu siedzisz?!>



Pandemia trwa, nie jest dla mnie łaskawa... To jednak nie powód, by kompletnie porzucić czytanie, ale niestety... idzie ono coraz wolniej. Fakt faktem, z czytania niestety się nie utrzymam.
Holly Black tutaj już była. Jej talent jest jednoznaczny, jej książki warte przeczytania, a ja wciąż rozpływam się, czytając jej prace. Ostatnio dźwignęła się ponownie i zaczęła ponownie wydawać - teraz rynek przeżywa dosłownie nawał jej prac, bo jak już zaczęła, to chyba nie skończy. I dobrze. Jak dla mnie, to ta pani może napisać więcej niż King.
Na celownik wzięłam najpierw wizualnie niezłą książkę, tzn. z obrazkami (łiiii :D ), dodatek do serii "Okrutny książe". Rysunki są naprawdę niezłe, więc warto podkreślić wyobraźnię oraz niewątpliwy dryg w nadgarstku pani Roviny Cai (naprawdę, jest na co popatrzeć). Powiem to jednak od razu - książka niestety nie sięga nawet 200 stron, historie są bardzo dobre (to w końcu pani Black i jej talent), ale są krótkie, nawet bardzo, nagminnie poprzetykane ilistracjami wielkich formatów, więc zgadzam się z portalem lubimyczytac.pl - to lektura na najwyżej 3 godziny rozrywki. Miło, krótko... dla fanów.
Właśnie. Dopiero zaczynając lekturę uświadomiłam sobie, jaki błąd popełniłam - nie przeczytałam serii "Okrutnego księcia" (ale kiedyś to zrobię! Kiedyś...), dlatego częściej nie wiedziałam, o jakie postaci w ogóle chodzi, że książe ma ogon i i dlaczego tam jest tyle postaci z irlandzkiej mitologii oraz że puki do osoby. Może dlatego nie doceniłam tej historii należycie, dla mnie najciekawsze były... nooo, obrazki.
Ale dobrze, doceniam jednak Black. Bardzo podobał mi się pomysł z retelingiem - baśń opowiadana trzykrotnie, zawsze inaczej, z innym morałem z niej płynącym. Niby prosty sposób na pociągnięcie opowieści przez kilka dobrych kartek, z drugiej strony - to genialne. Baśń przecież się zmienia, czerpie z motywów, z kultury, w której przebywa, wreszcie zmieniana jest przez samych opowiadających, często na ich oczekiwania co do morału, słuchacz inaczej ją odbiera jako dziecko, inaczej gdy jest dorosły. Bardzo spodobał mi się ten zabieg.
Podsumowując: zależy od oczekiwań. Jeśli ktoś chce sobie tylko popatrzeć, to zachęcam. Jeśli ktoś jest generalnie fanem Holly Black lub/ i serii "Okrutny książę" (lub posiada takiego osobnika w rodzinie i nie wie, co mu sprezentować), to na pewno będzie chciał ją mieć. Reszta? To nie dla was. Mimo wszystko uważam, że to książka wydana na siłę, dla reklamy i dodatkowego zarobku na serii, pomimo całkiem ładanego wydania wizualnego. Z tego powodu nie mogłam dać oceny niższej niż to moje 8, wbrew woli Kocyka.

poniedziałek, 28 grudnia 2020

Przystanek CXX: Blizna Broadway

 

Autor: Alice Broadway
Tytuł: Blizna (3 tom)
Wydawnictwo: We need Ya
Tłumacz: Maciej Studecki
Rok wydania: 2020
Ilość stron: 296
Gatunek: Literatura młodzieżowa
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie <Kocyk zastanawia się, po co ja w ogóle raczę pytać... Daj jakiś chłam do wnerwiania!>


Po drodze było chyba jakieś święto... albo większe jedno... no cóż. W każdym razie zaraz koniec roku, trzeba będzie należycie pożegnać ten książkowy rok!
A więc stało się, w końcu dobrnęłam do końca serii Broadway "Księgi skór", liczącej sobie 3 tomy. Z racji tego, że o poprzednich dwóch tomach ("Tusz" i "Iskra") już się wypowiadałam, opowiem tylko o zakończeniu i poziomie trzeciego tomu.
Leora znowu dalej ciągnie swoją podróż, szuka rozwiązań, znajduje coraz więcej sojuszników. Z każdym dniem jest coraz bliżej prawdy. W poprzednich częściach raz jedna strona miała rację, raz druga, czasem żadna lub obie, więc sporo się dzieje. Burmistrz sięga po władzę wszechpotężną, a wiadomo, władza korumpuje ostatecznie. Sporo motywów znanych nam z kultury i literatury się tutaj realizuje, łącznie ze znanymi baśniami, np. Śpiącej Królewny. Broadway odwaliła kawał dobrej roboty - baśń ciągnie się dalej, razem ze swoim delikatnym stylem i prawie poetyckim językiem. Urzekał i dalej mnie urzeka ten powolny, poetycki nurt, wyszukane porównania, które nie kolą w oczy absurdem, nie irytują brakiem wyobraźni. Zdarzają się piękne cytaty, których pełno na Internecie. Wiem, rozpływam się jak nie ja... Ale ta seria mnie porwała. To wszystko sprawiło, że po książki Broadway będę sięgać w ciemno. Najzacniejsze jest to, że ta seria to jej debiut! To niemożliwe, że za pierwszym razem można wydać coś tak pięknego, prawda? Nienawidzę tłumaczeń, że "to przecież tylko debiut, jeszcze nie ma wyrobionego warsztatu, miej nieco wyrozumiałości i litości" etc. Nie ma! Jeśli nie umiesz, poczekaj, dopracuj i dopiero wtedy do kurzej mordki wydaj! To nie egzamin z tezą "lepiej pięć minut się wstydzić niż uczyć przez cały tydzień", przecież ten wstyd zapisze się do końca w Twojej marnej historii.
Uf, musiałam się uzewnętrznić... Wracając do tematu, tak, jestem pod wrażeniem całej serii i nie wyobrażam sobie innego zakończenia niż to, jakie jej wybrano. Owszem, w finale dzieje się w zasadzie... nic. Nie będzie chyba zbyt wielkim spoilerem, jeśli powiem, że największe wojny kończą się niczym, to władcy zyskują albo tracą na niej, zwykli ludzie po prostu przechodzą do porządku dziennego, sprzątając cały bałagan tych wyżej położonych. To smutne i zarazem nie-smutne, tylko prawdziwe. Społeczeństwa są wyłącznie listkami na wietrze, to kto inny je prowadzi. Ich los nie zależy od nich.
Podsumowując: jestem za. To zupełnie inny styl od proponowanych nam dzisiaj lektur, może dlatego taki wyraźny. Ogólnie pozycję tę dedykuje się młodzieży, ale ma wiele odwołań, które zrozumieją dopiero starsi czytelnicy. W każdym razie uważam, że to książki, w których każdy znajdzie coś dla siebie. To seria z przesłaniem, nie-irytująca, nieco metafizyczna, prosta, a zarazem nie bardzo, skłaniająca do większych przemyśleń.
Lubię to! Tylko Kocyk coś tam beczy...

środa, 16 grudnia 2020

Przystanek CXIX: Maus Spiegelman

 

Autor: Art Spiegelman
Tytuł: Maus. Opowieść ocalałego (2 tomy)
Wydawnictwo: Wydawnictwo Komiksowe
Tłumacz: Piotr Bikont
Rok wydania: 2003
Ilość stron: 302
Gatunek: Historia, biografia, komiks, postpamięć
Ogólna ocena: 10/10
Czy wnerwiła Kocyk? Nie <Kocyk zaczął czytać ponownie>



W przerwie przed zakończeniem III tomu Broadway "Blizna", zajmę Was czymś, co akurat nie wszyscy znają, jak się okazało. Będzie o historii, ale w zupełnie innej formie, jaką wszyscy znamy.
Komiks. Praca Spiegielmana stała się zwrotem w temacie II wojny światowej, ponieważ dotąd nie sądzono, by wykorzystywać inne formy przekazu niż tradycyjne. Komiks początkowo wydawał się badaczom pewną formą profanacji, ciosem dla Świadków - jednak to Spiegielman pokazał, że nie ma się czego bać i dzisiaj coraz więcej powstaje podobnych pomysłów, nie tylko komiksów, ale i powieści obrazkowych itd. Świadkowie nie bardzo do nich podchodzili, nie korzystali z podobnych form, mimo że często pojawiały się rysunki, obrazy, często nawet ogromnie abstrakcyjne, rzeźby i inne. Dopiero następne pokolenia (II i reszta) zdecydowali, że to nie wystarcza i potrzebne jest coś nowego.
Art Spiegelman jest synem Ocalonego z Holocaustu, byłego mieszkańca Sosnowca (moje rejony, co pewnie jest wstydem się przyznawać), na kartach komiksu pojawiają się więc dobrze znane mi budynki i ulice. Jest więc to ukłon w stronę pamięci ojca i próby zapisu jego przeżyć, ale także przepracowywanie odziedziczonej po nim traumy. W ogóle "Maus" jest pomnikiem wręcz uniwersalnym.
Pojawia się pełno ciekawych tematów, m.in. trudnej relacji z ojcem, który przeżył pobyt w getcie i KL Auschwitz, a po wojnie wyemigrował do Ameryki i często nie radził sobie z powojennym życiem, reagując dziwnie na szereg sytuacji, z którymi syn musi jakoś sobie poradzić i jego spojrzenie na to. Matka, która po podobnych przeżyciach nie poradziła sobie tak jak jej mąż i popełnia samobójstwo, brat, który zginął podczas wojny, ale teraz jest idealizowany, lepszy i ciągle porównywany do narratora, jako ten, który powinien zginąć zamiast niego (pomimo faktu, że Art urodził się po wojnie).
Co interesujące - na okładce pojawiają się... myszy. Autor postanowił, że postaci nie będą ludzkie i podzielił je według narodowości lub wyznania: Żydów przedstawił jako myszy, Niemców jako koty, Polaków niestety jako świnie, co było wytykane jako obelga, narrator się jednak jakoś wybronił. Dzięki temu inaczej patrzy się na bohaterów, pojawia się dystans czytelnika. Widzimy różne postaci - dobrych i złych Niemców, tak samo wśród Polaków i co ciekawe - również wśród Żydów. Uważam, że to praca doskonała do analizy, uprzedzam jednak chętnych, że już sporo artykółów się już pojawiło.
Podsumowując: genialne. Pojawia się groza, czasami lekki humor, komiks okazał się cudowną elastyczną formą do przedstawień różnych problemów (np. mały i wielki narrator, podkreślający jego wstyd), pomysłowośc oraz ogromna wartość tego dzieła. To wszystko sprawia, że należy niezzwłocznie się zapoznać z tą pozycją.

czwartek, 3 grudnia 2020

Przystanek CXVIII: cykl Czarny Mag Carter

          

Autor: Rachel E. Carter
Tytuł serii: Czarny Mag
Wydawnictwo: Uroboros
Rok wydania: 2018-2020
Ilość tomów: 4 + tom 0.5
Gatunek: Fantastyka młodzieżowa
Ogólna ocena: 6/10
Czy wnerwiła Kocyk? Świat w płomieniach, buahaha! <Kocyk tak wyraża aprobatę dla serii>

Zdjęcia: s.lubimyczytac.pl

Tak, wielu trudach i znojach w końcu ukończyłam całą serię. Stało się! Idziemy tym razem w rejony fantastyki, serię porównywalną z Harrym Potterem, tyle że główny bohater jest dziewczyną, a wątek miłosny został mocno rozbudowany. I tomów jest mniej, należy dodać, a główny antagonista ma nos (so sorry, Vodemort!).
W Polsce seria pojawiła się w 2018 roku, za granicą cztery lata wcześniej. Na internecie dostępne są okładki wersji zagranicznych i tu ukłon w stronę wydawnictwa Uroboros, bo okładki nasze prezentują się całkiem spoko, pasują do serii, natomiast pierwowzory... wyglądają jak zapowiedź harlekinowskich "ochów" i "achów" dla bardziej dorosłej publiczności (prócz 4 części, ta mi się bardzo podoba), szczególnie z dopiskiem "nigdy nie wierz księciu", a w fabule tak nie ma!
Podaje nazwy tomów, do których dopowiem co nieco:
- Pierwszy rok
- Nienastępca (Non-heir) - wtf?! tak, wiem, tom poboczny 0.5, niewydany w Polsce
- Adeptka
- Kandydatka
- Ostatnia walka
Jeśli mam być szczera, to całość nie jest taka zła, ale należy dopisać, że to literatura młodzieżowa. Podkreślić na czerwono, co zwykle się pomija! Co to oznacza? Pełno rozmyślać głównej bohaterki o tym, jak on ją traktuje, kocha czy nie kocha i ogólnie wielkie "omg" co rozdział. Najlepszy z tego wszystkiego jest tom 1, gdzie tych ckliwych o-m-gesów nie ma aż tak wiele, ponieważ narrator bardziej skupia się na opisie świata przedstawionego, tak różnego od nas, w którym istnieje magia dla wybranych, wielkie nierówności społeczne i niebezpieczeństwo wojny za każdym rogiem. Najgorszy był finał historii, który - spoiler! - oczywiście musiał być pozytywny jak w każdym romansie, ponadto pełno wpadek redaktorskich, rzucaniem jedynym nożem, który potem postać wciąż trzyma w rękach, błędy językowe, literówki... To wszystko występuje w całej serii, ale w ostatnim tomie osiąga istne apogeum, jakby korektor się po prostu poddał.
Główną bohaterką tomów jest Ryiah (krócej Ry, bo my przecież kochamy skróty), ruda plebejska prawie piękność, która razem z bratem bliźniakiem Alexem (który o dziwo prócz dwóch wzmianek chyba nie jest aż tak podobny do siostry, jakby chciała tego autorka) w pierwszy tomie udają się do Akademii Magii, by zostać magami. Jej największym/ najlepszym/ ukochanym przeciwnikiem staje się "nienastępca" (czy tylko dla mnie to dziwne określenie?) książe Darren z gammą nieprzytoczonych tu tytułów, za którym wszystkie arystokratyczne i nie dziewice mdleją pod naporem jego czerwonego (tak, dokładnie, czerwone ślepia) spojrzenia. Stopniowo czytelnik poznaje zasady rządzące Jerarem, państwa, w którego rejonach toczy się akcja, a które potem ulegnie wywróceniu w tomie numer trzy, ale to jest akurat ok. Ryiah jest dziewczyną, autorka postanowiła więc również sięgnąć do będącego u nas właśnie na topie wątku uciemiężenia kobiet (jeden nauczyciel-mag uważa kobiety za gorsze od mężczyzn), ale robi to trochę niepełnie (bo za gorsze uważa chyba wyłącznie dwie, w tym Ryiah). Ryiah od razu się zakochuje, na prawie relacji hate-love, oczywiście w Darrenie, biedna zakochuje się w księciu, co schemat znowu stary jak świat. Dziwne były sytuacje zbliżeniowe, gdzie oboje dziwią się, że się im przerywa, skoro nie mogą zrobić tego jak ludzie w sypialni, tylko wybierają publiczne miejsca... Ale chyba jednak chodzi o to, by seks zdaniem rodziców odbywał się dopiero po ślubie, nie jako ważniejsza faza związku (to już wie wyłącznie Carter).
Pogłębione zostają różnice między "biedniejszymi" a "bogatszymi". Arystokracja od dawna kształciła się na magów w zaciszu swoich pałacyków, plebejusze dopiero zaczynają, często nie nadążając za resztą, przez co często na starcie tracą szanse na lepsze życie. Z fajnych postaci pojawiła się Priscilla, pozornie od początku "do dupy" rozpieszczona arystokratka, ale na końcu serii dochodzi do pozycji "wow", a czytelnik może prześledzić jej przemianę - wszystko pięknie, ale znowu następuje skok jak w przypadku Ryiah: z przepraszam za wyrażenie "kłamliwej suki" przemienia się wręcz w nieskazitelną różę i to bez wyraźnejgo powodu. Ot tak. Mówiłam, kraina magii. Mimo to Priscilla jest tym chwytem, dzięki której nie jest tak nudno. A jej kuzyn, Merrick? Ja w ogóle nie wiem, skąd się wziął, a potem z jakiego niby powodu kończy... no jak kończy. Dostał bana za... chyba za życie. Wiele razy nie rozumiałam w ogóle intencji autorki.
Kraj przygotowuje się do wojny, czytelnicy mogą również przejrzeć scenariusze bitewne, groźniejsze lub mniej. Tutaj powiem szczerze, że mi się podobało. Niezła akcja, dobry pomysł z zasadami magii, całym planem szkoły i praktyk po nim oraz konkursów na wyższe stanowiska. Ale: podejście do bólu, tortur, wyczerpania fizycznego, śmierci głodowej czy "smrodu odchodów" w lochach przekonało mnie, że to czysta wyobraźnia autorki i nie zrobiła ona żadnego researchu, aby poszerzyć swoją wiedzę w zakresie funkcjonowania człowieka od biologicznej strony i wzbogacić warsztat oraz treść książki. Dlatego bywa śmiesznie, gdy czytelnik po podstawowych lekcjach z anatomii lub rozszerzonej biologii ma okazję dojrzeć wpadkę, szczególnie gdy postać na wyczerpaniu od co najmniej 50 stron kolejny raz zrywa się i biegnie na przestrzelonej nodze. Ja wiem, że to fantastyka, a w książce występują uzdrowiciele, którzy zaraz ją wyleczą, ale zwykłe przyzwyczajenie do bólu nie pozwoli człowiekowi tak latać.
Ach, mamy też przyjaźnie lub niespełnione miłości. Alex jest jedyną postacią prócz Ry, który dostaje od autorki szansę na miłość. To trochę smutne... Mamy więc dwie pary (ach i jedną niedoszłą), ale główny związek razem z ciągłymi przemyśleniami na wszystko Ryiah przyćmiewa wszystko inne. Prócz zgorzkniałej początkowo Priscilli, pojawia się grzeczna i trochę eteryczna Ella, a potem rycerka Paige, którą z miejsca polubiłam. Miała jaja, jako jedyna. Ian to w ogóle nie wiem, co tam robił... Był chyba taką specjalnie niezorientowaną postacią (szczególnie na końcu zmienia zdanie z Bóg wie jakich przyczyn), której jedynym celem jest namieszać, aby nie było tak nudno. Pasowałby do Priscilli na moje oko.
Ogólnie sama postać Ryiah jest z jednej strony prezentowana jako bohaterka z wadami i wątpliwościami, z pozoru nieidealna, ale... w zasadzie idealna. Szybko zyskuje status (prawie) najlepszej niby to dzięki ciężkiej pracy, przemiana pozornie idzie powoli, by nagle ot tak hop-siup! osiągnąć ramy zwycięskiej "idealności". Brakowało mi tutaj realności w zachowaniu. Stopniowania.
Logiki.
Z takich jeszcze pobocznych tematów, to konflikt na tle relacji braterskiej był interesujący. Darren i Blayne, a także Ryiah i Derrick. Jak daleko można się posunąć, by ratować tego drugiego, którego mieliśmy niby znać do cna. Każda z rodzeństw kończy ponadto inaczej, choć podobnie. Jednemu ufa się za mało, drugiemu zbyt mocno. Warto prześledzić sobie te relacje podczas lektury na tle podobieństw i różnic tam się wyłaniających. Nie wyszło jednak z traumami z dzieciństwa (matko, kobieto, róbże researchy, błagam! nastolatków będziesz kłamać?), relacją ojciec-syn, rozpaczą po stracie itd., co niestety zburzyło ten idealny pomysł.
Podsumowując: niezła seria, naprawdę, ale dla wymagajacego czytelnika, także nastoletniego, to czasami masakra. Ogromnymi tutaj plusami są: Jerar i jego prawa, próba dokładnego zarysowania każdego z ważniejszych bohaterów razem z późniejszą przemianą (która zwykle się nie udawała), sposób używania magii, relacja braterska. Z ewidentnych minusów: błędy merytoryczne, spore literówki, niekonsekwencja, zmienianie planów co do postaci najwyraźniej w ostatnim momencie. Poza tym czyta się nawet lekko, najlepiej przy lampce wina, by przyćmić niedociągnięcia.

środa, 25 listopada 2020

Przystanek CXVII: Dziennik Franciszki Krasińskiej Hoffmanowa

           

Autor: Klementyna z Tańskich Hoffmanowa
Tytuł: Dziennik Franciszki Krasińskiej
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Rok wydania: 1976
Ilość stron: 188
Gatunek: Literatura piękna, dziennik
Ogólna ocena: 7/10
Czy wnerwiła Kocyk? <Kocyk zaczyna pisać własny dziennik, więc chyba dobrze było>




Rozumiem zdziwinienie takim wyborem lektury pochodzącej z XVIII wieku, a potem jeszcze publiczne się nim chwalenie, ale.... no po to "ale" właśnie jest ta recenzja. Chodzi mi głównie o spojrzenie na różne podejścia literackie, z tym że obiecuje, że ani Mickiewicza, ani Sienkiewicza nie zamierzam tu omawiać.
Ugłaskani trochę? Super. Klementyna Hoffmanowa z domu Tańska to jedna z pierwszych polskich (kobiecych) autorek książek dla dzieci i młodzieży, także tłumaczka, edytorka, wydawca i redaktorka. Jako pierwsza kobieta w Polsce utrzymywała się z pracy twórczej i pedagogicznej (tak btw. powinna być z tego powodu ikoną dzisiejszego strajku). Fantastyczna postać, dzisiaj już zapomniana. Osiemnasty wiek, więc jej twórczość miała spory charakter dydaktyczny i moralizatorski, co pewnie dzisiaj odczytujemy jako wadę.
Franciszka Krasińska istniała naprawdę i mimo że nie jest to jej prawdziwy dziennik, to Klementyna dokonała dobrego researchu, by tą postać prawidłowo odmalować, mimo że to tylko wyobrażeniem pisarki o tej postaci. To taki pierwszy kobiecy cynk do współczesnych powieści historycznych, nieprawdaż? Do książki zostały dołączone również listy Franciszki, by pokazać, z czego czerpała informacje.
Powieść była skierowana do młodych dziewcząt, bohaterka i narratorka dziennika kończy 16 lat i wtedy postanawia spisywać dzieje swojej rodziny. I tak relacjonuje ślub ukochanej siostry, Barbary, później trafia na pensję do Warszawy, pierwszy raz z dala od rodziców i poznaje Karola, syna króla Augusta III Sasa. Z jednej strony to bardzo naiwna historia, szczególnie gdy przechodzimy przez opisy błogiego dziewczęcego życia, gdzie największą rozrywką jest latanie w samej bieliźnie (spoko, dzisiaj nazwalibyśmy ten strój sukienką) po łące z siostrami, z drugiej strony interesujące są same zawarte tam obyczaje i zasady, o tym jak wtedy dziewczęta z bogatszych domów spędzały dzień, od pobudki, po fryzowanie włosów (trwające kilka godzin - ja nie wiem, jakbyśmy dzisiaj to przetrwały każdego ranka), którymi zajmowała się specjalna osoba, zanim w ogóle dopuszczono dziewczę do salonu (to już jak na obiad). I na co to wszystko w ogóle? Nie wiem. Do tego bardzo krótkie nauczanie podstaw, więcej jak kobieta powinna się zachowywać, wszelkie zasady gorsetowe. Kobieta nie może się nigdy spieszyć, tylko iść zawsze z godnością. No proszę... Jakby mnie ówcześniejsze postaci widziały, jak lecę zdyszana na autobus i jak ja się w ogóle na niego wybieram, to dostałyby zawału. Z czasem życie dziewczyny zmienia się z sielankowego, której głównym problemem był gorset i piękna fryzura na dorosłe, bardziej życiowe. Staje się kobietą, która jednak wciąż jest zależna od męskiego zdania, choć potrafi z nim jakoś współgrać. Ona niezwykle rzadko, jeśli w ogóle będzie narzekać na swoją damską pozycję.
Tak więc wiele rzeczy jest bardzo nudnych, szczególnie dla męskich czytelników, której tej pozycji nie polecam (kobieca lektura, przeznaczona dla dziewcząt w XVIII wieku, siłą rzeczy będzie dla nich ciosem, tak jak dla większości kobiet czytanie o sporcie pisanym do tego przez męskich autorów), choć wszyscy powinni wiedzieć, co oznacza obwarowanie dla pewnej grupy, mniejszości wyznaczanej ze względu na płeć, rasę, orientację, religię, kolor skóry itp., bo wymieniać można w nieskończoność. To ujęcie przez szesnastoletnią bohaterkę, która nie wie, jak mogłoby być inaczej jest porażające, szczególnie z dzisiejszego punktu widzenia. I powrównanie, jak to wszystko się u nas zmieniało.
Podsumowując: teoretycznie to bardzo sentymentalny dziennik, początkowo strasznie naiwny, ale ten tok się potem zmienia, oddając motwy dorastania głównej bohaterki. Bardzo dziwne, ale nie wieje nudą, a obraz zachwyca. Czasem warto sięgnąć po starszą (i to naszą!) literaturę, ponieważ pozycji spoza wyświechtanego kanonu jest ogromnie dużo i nie raz, nie dwa, można odnaleźć w tym historycznym literackim worze jakąś perełkę.
Poszukiwacze, łączcie siły! Niech moc będzie z wami!

niedziela, 22 listopada 2020

Przystanek CXVI: Ostrze zdrajcy de Castell

   

Autor: Sebastien de Castell
Tytuł: Ostrze zdrajcy (tom 1)
Wydawnictwo: Insignis
Rok wydania: 2017
Ilość stron: 240
Gatunek: Fantastyka
Ogólna ocena: 1/10
Czy wnerwiła Kocyk? Grrr! <Kocyk lata po pokoju z kijem od mopa i myśli, że to szpada, a on jest taki straszny... Nie jest>

*

Od razu powiem, że ja to chyba lepiona jestem z innej gliny. Naczytałam się recenzji o tym całym de Castellu i jego pisarskich przygodach i nie mam zielonego pojęcia, czy to problem jest w tej pozycji czy we mnie. Z założenia jednak staram się podchodzić pozytywnie do życia, co mi jednak na co dzień nie wychodzi, dlatego... ta recenzja będzie w zasadzie istnym narzekaniem (w końcu to mój konik). 
A więc od początku... Być może nie wszyscy zorientują się, że seria Wielkie Płaszcze otulona gatunkiem "fantastyka" jest typem lektury "spod płaszcza i szpady". Nah, rzeczywiście, jak by się tak zastanowić, to faktycznie sporo tutaj odniesień, ale po pięknej okładce przypominającej mi książki Dave Duncana (ponadto to on zachęca do lektury ciepłym słowem na okładce) spodziewałam się zupełnie czegoś innego. No... lepszego.
Historia o tym, dlaczego było nie-lepsze, a gorsze: haha, nie oddam w pigułce całego bólu, a raczej "bulu" świata, bo zdaje sobie sprawę, że mój pogląd jest czysto subiektywny, ale naprawdę nie czaję, co takiego dobrego miało by być w tej pozycji, co tak zachwala reszta. Najwyraźniej nie przepadam już za ciągłymi gonitwami, ideałami wyjętymi spod prawa, ale szukającymi sprawiedliwości i podejmującymi bijatykami z bele czym w walce na szpady (tam był chyba rapier) z wykorzystaniem płaszczy. Pojawia się fachowe słownictwo orężu, ale jestem laikiem i nie zapamiętałam, nie ulega również wątpliwości, że autor zna się na scenach walki, bo męczy o tym przez 99,9% książki. Bóg wie, co znajduje się w tym 0,1%, by zapełnić papier... Głównymi bohaterami (czy aby na pewno?) są trzej (muszkieterowie) o śmiesznawych imionkach Falcio, Kest i Brasti. Pierwszy jest z nich najlepszy, podejrzewam, że wcielenie samego autora (widzieliście jego zdjęcie na necie?), a między nimi wisi ciągle szpadowy humorek. Wisi i bardzo zawodzi. Sceny niby to okraszone męskimi żarcikami z terenów "niepłonącego konara", mnie akurat nie podeszły, ale może męska część widowni by się zaśmiała. Ja oświadczam z tej drugiej. Z jednej typowo pechowej sytuacji wchodzą od razu z brudnymi butami w następną, ot tak, bez pardonu. Nie śpią, tylko walczą. Ach, lub dowcipkują. Albo jedno łączą z drugim, w końcu mają podzielną uwagę.
Jest też jakaś legenda związana z tymi indywiduami, misją Wielkich Płaszczy, których renoma bardzo upadła, pojawia się król (ale martwy), wtrąca się również polityka i intrygi. Ja akurat nie bardzo ogarnęłam ten spisek koronacyjny, ale po prostu nie potrafiłam się wczuć w tę powieść. A jest ona naprawdę długa. Doszło do tego, że omijałam kolejne tysięczne (czy milionowe) opisy potyczek. Krew się leje, a trup pada z rozmachem, a mimo to nie jest ani zabawnie (w stylu czarnego humoru), ani strasznie, ani smutno. Jest za to tragicznie. Ale to akurat gorzej.
Kwestie głównej fabuły są dużo lepsze niż wykreowani bohaterowie, jak na mój gust. Historię Falcia, Kesta i Brastiego (przede wszystkim tego pierwszego, często kosztem reszty, ale może nadrabia się to w kolejnych tomach) poznajemy w retrospekcjach. Tak, facet sobie walczy, w międzyczasie odpływa we wspomnienia, a potem przekłuwa tego obcego "wioskowego głupka" (bo kto by się na niego rzucał?) na wylot. W teorii czytelnicy mieli lepiej poznać intencje postaci ale... nie wiem, czy na pewno o to chodziło. Btw. opowieść o tragicznej śmierci żony Falcia była moim zdaniem poniżej wszelkiej krytyki i zasługuje na biczowanie. 
Dość łajania, podsumowując: po pierwsze, to ja bym tę powieść skróciła przynajmniej o połowę. Przez większą część historii autor nie ma za wiele do powiedzenia, więc nie rozumiem, dlaczego trzeba o tym czytać, by dojść do finału. Z drugiej strony - to seria dla tych, co żałują, że nie ma więcej książek o muszkieterach, męskich potyczkach, słownych i wręcz, przeciąganych w nieskończoność. Ach, pojawia się tam też trochę magii, ale jak dla mnie nielogicznej. To w ogóle dla mnie niezrozumiały świat, kompletnie nudny, z wymuszonym humorem i jeszcze bardziej wymuszoną akcją. Strasznie wyczerpała mnie ta lektura... Na przemęczenie, czyli na własną odpowiedzialność, bo ja na pewno nie sięgnę po kolejny tom. Nie ma!

* zdjęcie pożyczone od empik.com

sobota, 21 listopada 2020

Przystanek CXV: Wiara Nadzieja Miłość Jagodzińska

          

Autor: Monika Jagodzińska
Tytuł: Wiara, Nadzieja, Miłość
Wydawnictwo: Psychoskok
Rok wydania: 2018
Ilość stron: 120
Gatunek: Literatura młodzieżowa
Ogólna ocena: 3/10
Czy wnerwiła Kocyk? Cóż... <Hipnoza: jesteś różowym cukierkiem, słodkim cukiereczkiem omnomnom!>


Aaa... a w sumie to nie wiem, jak bym ten temat miała zacząć. Tak się zdarza. Kocyk chce coś dodać? Ok, więc przechodzimy dalej.
Jagodzińska... Jagodzińska... Tak, nigdzie nie dzwoni. To młoda autorka, nie całkiem nowa na rynku, ponieważ trochę jej książek się pojawiło, a w swoich tekstach często zawiera problematykę społeczną. Czyli takie pisanie z misją. Ale spoko, to można cenić.
Dlatego spodziewałam się, że druga książka na koncie autorki (tadaaa! to właśnie ta) będzie... no cóż, na poziomie. Jakimś konkretnym. A w sumie było... 
Główną bohaterką książki jest Diana, jeszcze gimnazjalistka (czaicie, że niedługo to będzie znaczyło tyle co "kosmita"? Gimnazja usunęli!). Teren dorastania, swoistego buntu, potrzeby zmian. Diana jednak nie radzi sobie i o tym jest cała książka. O relacjach nastolatek z płcią przeciwną, problemem otyłości i postrzegania jej przez innych, bulimii, zaufaniu względem dopiero co poznanych, znanych a rodziny, temat "klasowego kozła ofiarnego"... Nagromadziło się tu tego sporo, ale to akurat nie problem, szczególnie gdy doczyta się informację "na faktach autentycznych" (na własnych przeżyciach autorki). Pojawia się również przeplatanie czasów - Diana przyszła wspomina przeszłe lata. Trochę mylące, ale ok. Zdarzył się również ciekawie poprowadzony wątek romantyczny, może trochę za romantyczny na tle chłopaka poznanym na rowerze.
No cóż. Ogólnie rozumiem zamysł, celowość też jest znaczna, emocjonalność spora. Spodobał mi się pomysł rzeczywistego podziału na 3 rozdziały: Wiara, Nadzieja i Miłość. Rozmiar książki też jest nieznaczy. Finał pozytywny, morał obecny, nawet nutka faktów. Zagubił mnie jednak przede wszystkim nachalny tok narracji - przemęczony, naładowany szczelnie typowym słowotokiem, czasami nieprzemyślanym. Ja rozumiem, że nastolatki to sporo bajdurzą, ale bez przesady. To też ludzie. Emocje, uczucia czy odczucia bohaterów można zarysować w inny sposób, mniej męczący. Bardziej klarowny. Trochę szkoda, bo w zasadzie pomysł był, historia się pojawiła, ale z jej oddaniem był problem.
Podsumowując: jako lektura z przeznaczeniem dla nastolatków i misją do wprowadzenia - super. Nawet bardzo. Przypomina mi w tym wielką Rosiek z "Pamiętnika narkomanki", ale tamtejszy styl był dopracowany, łatwy do czytania, nie męczył tak czytelnika, mimo że przecież temat również nie był łatwy i zdarzały się "odloty" (wpasowane do tematu). Tutaj popracowałabym mocniej nad narracją, bardziej przystępną, ponieważ ona właśnie popsuła cały przekaz.